AKADEMIA SZTUK PIEKNYCH W GDANSKU

Wydzial Architektury i Wzornictwa

THE ACADEMY OF FINE ARTS IN GDANSK

Department of Architecture and Design

   

 architektura + dialog

Podyplomowe Studium Projektowania

 architecture + dialog

Post-Graduate Design Program

S E M I N A R I U M

ku Architekturze Dialogicznej

TOWARDS THE DIALOGIC ARCHITECTURE

moderator: jacek dominiczak

 

 TEKSTY

 

Agnieszka Szeffel:["Moje zycie - czekanie"]

kontrwyklad 2 do wykladu "Miedzy egzystncja a dialogiem"

 

"Moje zycie - czekanie" - mial kiedys powiedziec Norwid i chcialabym za nim to zdanie powtorzyc. Rezygnujac z postawy pryncypialnego sceptycyzmu, czy z postawy goraczkowego poszukiwania sposobow ratowania wlasnej duszy, wybieram Kracauerowska postawe oczekiwania. Wbrew pozorom nie jest to zadanie latwe. Wbrew pozorom, bo zwykle to dzialanie jako forme aktywnosci kojarzymy z niepewnoscia, z niebezpieczenstwem, ze nasze starania nie spelnia oczekiwan, z zagrozeniem, plynacym z roznych stron. Postawa wyczekiwania, zawieszenie dzialania (co brzmi jak >zawieszenie broni<), wycofanie sie z pozycji w pierwszym szeregu kojarzone jest zas ze slaboscia. Twierdze jednak, ze nikt, kto nie czekal naprawde, nie moze ocenic wagi czekania i zwiazanej z nim trudnosci, niewygody, a nawet frustracji. Nikt, kto nie czekal naprawde, nie wie, ile trzeba sily, zeby w swoim czekaniu wytrwac, nie poddac sie zwatpieniu, zeby nie stracic nadziei, ze z czekania cokolwiek wyniknie i ze ma ono sens, i nie dowie sie, jak wielkiej czekanie wymaga determinacji i motywacji. Na pocieszenie pozostaje czekajacym, czesto powtarzane w chinskiej Ksiedze Przemian, zdanie: "Przyjdzie czas, a uwierza ci". Jestem pewna, ze Norwid i Kracauer mieli tego faktu swiadomosc.

Siegfried K., o ktorym byla mowa, w swoim czekaniu rzeczywiscie nie patrzyl w niebo. Poszukiwal prawdy i mial nadzieje odnalezc ja na poziomie swojego wlasnego wzroku, popatrujac tez w dol, by nie przeoczyc znakow. Nie wiem, czy byly to znaki czasu, czy raczej znaki miejsca, ktore moglyby pojawic sie niespodziewanie jak grzyby po deszczu, tu i tam w zaglebieniach (chcialoby sie powiedziec w synklinach) chodnikowych plyt. Wyjasniam - geologiczne synkliny to zaglebienia, w ktorych przemieszane sa rozne warstwy ziemi, w ktorych oczekiwac nalezy burzliwych ruchow gorotworczych. To oczywiscie metafora. W swoich poszukiwaniach Siegfried K. skoncentrowal sie na rzeczywistosci, w niej sytuujac potencjalne zrodlo prawdy. Dlatego stal sie piewca i wdziecznym widzem filmow wloskiego neorealizmu, ktory kino uczynil swiadkiem zycia, negujac kinematograficzny spektakl, nieadekwatny wobec wojennej traumy.

Kracauerowska postawa >aktywnego oczekiwania< zaklada tez - jak sadze - koniecznosc zaufania samemu sobie. Oto kolejna trudnosc - zaufanie. Wiosna mialam okazje uczestniczyc w kilku spotkaniach sluchaczy kursu pozytywnego myslenia, prowadzonego przez sopocka filie Duchowego Uniwersytetu Brahma Kumaris z siedziba w Indiach, w gorach Radzastanu. Spotkania za kazdym razem gromadzily bardzo roznych ludzi, probujacych poprzez zmiane sposobu myslenia, nauke technik medytacyjnych, poprzez samopoznanie wplynac na jakosc swojego zycia tu i teraz. Podczas pierwszej sesji kazdy z nas mial sie przedstawic i podac jedna z wielu pewnie dobrych cech swojego charakteru. Takie pierwsze cwiczenie. Okazalo sie, ze o ile nie mielibysmy problemu z podaniem zlych cech, o tyle z dobrymi byl wyrazny klopot. Z czolem zroszonym potem, nie kryjac zaklopotania, bo ciezko mi bylo na poczekaniu cokolwiek wymyslic, intuicyjnie niejako, nie bedac pewna, czy faktycznie te ceche charakteru posiadam, powiedzialam, ze >jestem godna zaufania<, w zaufaniu wlasnie upatrujac prawdziwej wartosci. Byc moze w czysto automatyczny sposob wskazalam na to, czego mi tak naprawde brakuje w kontaktach ze soba i z innymi, albo generalizujac - czego brakuje mi w otaczajacym swiecie. Jak sie wydaje, zyjemy w kulturze nieufnosci. Z tego m.in. wzgledu mam wrazenie, ze przesuniecie dialogiczne w tej kulturze, zmiana paradygmatu, o ktorej wciaz mowimy, bedzie wymagala wzmozonej aktywnosci oczekiwania.

Za Zygmuntem Baumanem cytuje slowa Kunda E. Logstrupa, ktory pisal:
"Zycie ludzkie cechuje naturalna ufnosc, jaka darzymy siebie nawzajem. Tylko w szczegolnych okolicznosciach zdarza nam sie traktowac obcego nieufnie (...). W normalnych warunkach wierzymy jego slowom i nie okazujemy mu braku zaufania, chyba ze sam dostarczy nam ku temu powodu. Nie zarzucamy falszu drugiej osobie, jezeli wczesniej nie przylapalismy jej na klamstwie" .
Ale Zygmunt Bauman w ksiazce "Razem, osobno" przeciwstawia takiej wizji ludzkiej natury ksztaltujacy ja, wspolczesny swiat, podporzadkowany regulom telewizyjnej gry, reality-show, w ktorym przewage nad innymi zyskuja hasla takie jak:
nikt nie jest niezastapiony,
nikt nie ma prawa korzystac z owocow wspolnego wysilku tylko dlatego, ze w pewnym momencie przyczynil sie do ich wzrostu, badz tylko dlatego, ze byl czlonkiem zespolu,
zycie jest gra dla twardych graczy,
kazda gra zaczyna sie od zera, dawne zaslugi nie maja znaczenia, wazny jest tylko wynik ostatecznego starcia,
kazdy z graczy pracuje tylko na siebie i musi wspolpracowac w eliminowaniu innych graczy, a wszystko po to, zeby przechytrzyc tych graczy, z ktorymi wczesniej wspolpracowal, ci sa przeciez rywalami,
atuty pomocnicze, pozwalajace wyjsc zwyciesko z takiego starcia, obejmuja zarowno przekonanie o wlasnej wyzszosci, jak i potulne trzymanie sie na uboczu, zatem cel uswieca srodki. Zaufanie, wspolczucie i litosc (fundamentalne wartosci, o ktorych pisal Logstrup) sa w takiej sytuacji dla gracza zabojcze.

Jezeli zycie jest gra, a my - zatopieni w nim niczym w przezroczystej, niewidocznej golym okiem substancji - jestesmy graczami, ow zwiazek z Drugim, z Innym traktowac bedziemy nie jako platonskie zespolenie odnalezionych wreszcie, pasujacych do siebie jak ulal polowek jednej pomaranczy, ani nie bedziemy traktowac go jako spotkania dwoch "innosci", zwiazanych wspolna sprawa, ale raczej - powodowani naturalna konsekwencja przyjecia postawy gracza - swoj zwiazek nazwiemy za Anthony'm Giddensem >zwiazkiem czystym<. Zwiazek czysty jest dzisiaj ok., jest cool. Relacje, na ktorych sie opiera sa chlodne i nie powinny ulegac wiekszemu ociepleniu, jezeli ta inwestycja ma sie zwrocic. W zwiazku czystym uczestniczymy do czasu, moze on zostac zerwany nagle i bez uzasadnienia, gdy tylko wyczerpie sie przyjemnosc, korzysc, dostarczana "mu" przez obie strony. Zaangazowanie w zwiazku czystym uznawane jest za zagrozenie, emocjonalna pulapke i szybko likwidowane. Jak twierdzi Giddens zwiazek czysty staje sie dzisiaj najpowszechniejsza forma bycia we dwoje.

Oddzieleni murem nieufnosci, gracze buduja wokol siebie realne mury, mury z krwi i kosci, z betonu, stali, z drewna i blachy, coraz bardziej izolujac sie od otoczenia, tworzonego przez Innych w nowoczesnym, czy ponowoczesnym miescie. Przestrzen komunikacji, w jakiej uczestnicza gracze, a wiec - jak mozna dzis powiedziec - przestrzen zyciowa, obejmuje nieograniczone, wirtualne obszary, realnie zas kurczy sie w bardzo szybkim tempie. Ochraniana przez coraz to inteligentniejsza technologie, rzeczywista przestrzen ich zycia, jest ksztaltowana w taki sposob, by separowac, a nie by integrowac ludzi z najblizsza im spolecznoscia. Powstaje sytuacja, w ktorej - jak pisze Bauman - >globalne elity< nie spotykaja sie z podzielonymi >lokalnymi spolecznosciami<.

Informacyjno - komunikacyjna eksterytorialnosc globalnej elity pociaga za soba odsuniecie na margines tych rejonow miasta, ktore sa pozbawione dostepu do jej zrodel. Tworza sie getta, dzielnice upiory, w ktorych przestepczosc, niebezpieczenstwo, bezposrednie zagrozenie staja sie chlebem powszednim. Polaryzacja taka powoduje ujawnienie sie wyraznych granic pomiedzy, nie zwiazanymi ze soba kulturowo, nieraz i etnicznie, ekonomicznie i informacyjnie, swiatami. Przy czym ci, ktorzy sa wladni ksztaltowac obie przestrzenie, zdaja sie byc niezainteresowani ich sprawami, pochlonieci przez rzeczywistosc pozbawiona terytorialnych granic, nie zwiazani siatka tradycyjnych zaleznosci, geograficznych pojec, nie zwiazani z miejscem swojego cielesnego wciaz istnienia. Goraczkowa miksofobia - alergiczna reakcja na obcych i to, co obce, daje dzis male szanse oczekiwanej miksofilii, o ktorej pisal w "Prawdzie i metodzie" Gaddamer jako o >fuzji horyzontow< poznawczych, wymagajacej wspolnego doswiadczenia, a wiec i wspolnej przestrzeni.

Wszystko wskazuje na to, ze spelnily sie marzenia futurystow, zapisywane w manifestach przez Marinettiego. Nowe piekno - piekno szybkosci opanowalo swiat. Nasze codzienne zycie niezauwazalnie wchlonelo archaicznie dzis brzmiace, anarchiczne postulaty. "My zyjemy juz w absolucie - pisal Marinetti w "Akcie zalozycielskim i manifescie futuryzmu" - poniewaz stworzylismy nieustajaca wszechobecna szybkosc, szybkosc, ktora sprawila, ze dotychczasowe parametry ludzkiej kondycji - czas i przestrzen umarly wczoraj" . Dematerializacja, estetyka znikania, ktorej doskonala ilustracja bylo i jest kino (dzisiaj moze nawet bardziej niz kiedys), a wiec obrazy, nanizane na tasme filmowa, przemykajace przed oczami widzow z kontrolowana, wyznaczona z gory predkoscia, staly sie wyznacznikiem wizualnego i nie tylko wizualnego doswiadczenia ludzkosci. Co wiecej predkosc jest w dzisiejszym swiecie nierozerwalnie zwiazana z wladza i z wojna.

Predkosc wedle koncepcji Paula Virilio mysliciela - dromologa (dromologia wynaleziona przez Virilio interesuje sie negatywnym wplywem idei postepu na ludzkie zycie), architekta i urbanisty z wyksztalcenia, jest forma przemocy. I tak jak McLuhan dzieje rozwoju cywilizacji wiazal z rozwojem form komunikacji, tak Virilio wiaze je z predkoscia, z czasem potrzebnym na pokonywanie odleglosci. Modelem jest dla niego podroz. Dawniej byla ona rozciagnietym w czasie i przestrzeni zdarzeniem, posiadajacym punkty wezlowe: odjazd, trwanie w samej podrozy, ktoremu towarzyszylo poznanie i rozwoj podrozujacego, i przyjazd. Kiedy pojawia sie samochod, pociag, samolot, kiedy techniczne mozliwosci przemieszczania sie z miejsca na miejsce osiagaja coraz wyzszy poziom, podroz traci swoj najwazniejszy, srodkowy etap, swoja istote, ktora zostaje sprowadzona do "zabijania czasu". Nastepnie wraz z telewizja i innymi nowymi mediami redukcji ulega odjazd, nie musimy realnie przemieszczac sie w przestrzeni, aby osiagnac cel - przyjazd na miejsce. Nasza kultura jest przez Virilio nazywana osiadla, czyli - zdawaloby sie - osadzona w konkretnej przestrzeni, ta nie ma jednak charakteru topicznego jak niegdys, organizowanego przez agore, rynek, pozniej sale teatralna i kinowa, ale ma charakter teletopiczny, w ktorym >realny czas przeniesienia zdarzen zyskuje przewage nad realna przestrzenia samych zdarzen<. Mowa tu o bezposredniej, rozciagnietej na caly swiat transmisji, tworzacej nowa ere w historii ludzkosci, ere uogolnionego przybycia.

Z tego, co powiedzialam powyzej, wylania sie niezbyt dobrze rokujaca wizja swiata, ktory pedzi gdzies na oslep, tracac kontakt z samym soba. A jak chce Logstrup to wlasnie >bezposredniosc< obecnosci Drugiego, podobnie jak u Levinasa >bliskosc< tej obecnosci, a powiedzialabym tez jej >realnosc<, wydaje sie byc punktem wyjscia dla istoty spotkania. Ze wszystkich modeli kultury najbardziej podoba mi sie ten, zaproponowany przez P. Sorokina, ktory przedstawil go w formie poruszajacego sie wahadla. Na jednej z pozycji maksymalnego wychylenia umiescil kulture sensualistyczna, oparta na zmyslowym poznaniu, ufnosci we wladze ludzkiego umyslu, na pragmatyzmie i empiryzmie, bedaca afirmacja wytworow ludzkiej mysli, a wiec i technologii, na drugiej zas pozycji wychylenia znalazla sie kultura ideacyjna, w ktorej dominuje duchowosc, a strzega jej i stymuluja wielkie systemy religijne, posrodku mamy natomiast kulture idealna, bedaca wypadkowa obu poprzednich, ow krotki moment rownowagi. Taki wahadlowy model kultury niesie ze soba wiele optymizmu. Gwarantuje odwrot z radykalnych pozycji ku centrum, ktore jest ta przestrzenia najbardziej oczekiwana. Daje nadzieje.

To, co powiedzialam wczesniej o swiecie, ma nam uzmyslowic, ile wciaz wyrasta barier do pokonania. Ma nas zblizyc do idei rozmowy, ktora tylko pozornie wydaje sie oczywista i prosta. Rozumiem, ze aby zainicjowac, czy chociaz zauwazyc przesuniecie dialogiczne w architekturze, najpierw trzeba dokonac wiwisekcji istoty dialogu, w ktory wchodzimy na najbardziej bezposrednim i namacalnym poziomie, twarza w twarz z Drugim. Musimy uswiadomic sobie, ze rozmowa jest w pewnym sensie negacja siebie, opuszczeniem wlasnych pozycji, a nawet wlasnego jezyka, do ktorego tak jestesmy przywiazani. Artykulacja wlasnej znikomosci, do ktorej mozemy dotrzec najpierw spotykajac sie z czasem.

Josif Brodski w "Pochwale nudy" pisal:
"Krotko mowiac, jest (nuda - przyp. A.S.) oknem na nieskonczonosc czasu, to znaczy na nasza w nim znikomosc. (...) Kiedy to okno sie otworzy, prosze nie probowac go zamykac; przeciwnie, trzeba otworzyc je na osciez. Albowiem nuda przemawia jezykiem czasu i moze przyniesc najcenniejsza lekcje w zyciu. (...) Albowiem nuda to inwazja czasu w Panstwa system wartosci. Osadza zycie we wlasciwej perspektywie, co owocuje precyzja i pokora. Warto przy tym zauwazyc, ze precyzja rodzi pokore. Im lepiej poznaja Panstwo swoj format, tym wiecej nabeda pokory i zrozumienia dla swoich bliznich (...) >Pamietaj o mnie, szepcze kurz<. Pobrzmiewa tu domysl, ze jesli nauczymy sie czegos o sobie od czasu, to moze czas z kolei nauczy sie czegos od nas. Co by to moglo byc ? To, ze ustepujac mu pod wzgledem znaczenia, przewyzszamy go wrazliwoscia. To wlasnie znaczy byc znikomym."

Na koniec chcialabym powrocic do Kracauera i jego "egzotyki dnia codziennego", preferowanej takze w kinie, ktora stawiala sobie za cel wyrwanie widza z bezrefleksyjnej, plynnej rzeczywistosci spektaklu, pedzacego na oslep ku zapomnieniu o tu i teraz, odwolam sie do przykladow, ktore padly podczas wykladu. Mysle, ze nie tyle jest to kwestia mniejszej wizualnej atrakcyjnosci, czy spowolnienia akcji filmu, ile swiadomie tworzonego dystansu. Zarowno "Edi" Piotra Trzaskalskiego, jak i "Dogville" Triera to filmy, majace strukture przypowiesci. Osadzone w sztucznej rzeczywistosci, w nacechowanej metaforycznie scenografii, zaludnione bohaterami o symbolicznej naturze, opowiadaja historie jakby wyjeta z mitologii. Jawnie inspirujacy sie teatrem Bertolda Brechta, Trier cala strone formalna swojego filmu opiera na Brechtowskim >efekcie obcosci<, wymieszanym z demaskowanymi konwencjami hollywoodzkiego kina gatunkow. Byc moze ow dystans jest potrzebny rowniez wspolczesnej architekturze. Nam, ktorzy powodowani sila dystansu, przystajemy, by rozszyfrowac jej znaczenia i nam, ktorzy - przystajac - podejmujemy sie tworzenia tych znaczen.

Agnieszka Szeffel

wroc so strony :  S E M I N A R I U M : ku Architekturze Dialogicznej