| Na Wschod | |||
Kiedy wyruszamy z Gdanska, gdziekolwiek z niego wyruszamy - pomijam tu polnocne krance tej czesci swiata, choc bezmiar morza tez jest pewna przeszkoda - czeka nas pokonanie calej, idealnie niemal okraglej Polski. Sama podroz do Przemysla to juz przemierzanie zmieniajacych sie krajobrazow, obserwowanych zza okien "pospiesznego", i towarzyszacych im nastrojow. Przemysl lezy juz jakby poza zjednoczona Europa, a teren wokol dworcow jest jednym wielkim oczekiwaniem. W specjalnej kasie mozna kupic bilety na autobus do Kiszyniowa, Czerniowcow, Iwanofrankowska, Lwowa, Kolomyji, Stryja i innych miejscowosci ukrainskich, moldawskich i rumunskich oraz do Londynu, jednak taki bilet diametralnie rozni sie od pozostalych cena. Przemysl to wschodnia granica, z ktorej wszystko, co na wschod od niej, wydaje sie niesamowicie bliskie, a wszystko, co na zachod - niemozliwie odlegle. Zakup biletu do Czerniowcow zajmuje tylko chwile. Odjezdzamy o 11, jest 7 rano. Slonce parzy juz twarz, pijemy goraca herbate z plastikowych kubkow z czterema lyzeczkami cukru , siedzimy na plecakach i czekamy Wokol panuje spokoj, kierowcy autobusow siedza na murkach, rozmawiaja miedzy soba, nigdzie sie nie spieszac. Podjezdzaja autobusy, do nich wsiadaja ludzie, wszyscy jako bagaz maja wielkie torby w krate. Podobno powodem, dla ktorego w tak niewielu miastach w Ukrainie dworce autobusowy i kolejowy leza w dalekiej odleglosci od siebie, jest niedostateczna ilosc lapowek, dawanych ich projektantom. Dlatego wysiadajac z pociagu w jakims ukrainskim miescie, wysiadam "nie wiem gdzie" i nie wiem, jak dojechac do "centrum", dostac sie choc w jego poblize. Zadziwiajace, ze ten "przykaz", oczywistosc dotarcia do centrum staje sie naszym pierwszym celem w kazdej miescinie. Dojezdzamy na obrzeza Czerniowcow - na dworzec autobusowy, przypominajacy bardziej wieli targ. Zaraz obok na przystanku wsiadamy do tramwaju gdzie kobieta w chustce sprzedaje nam bilety. Ludzie wokol wydaja sie nas nie zauwazac, slychac tylko zniecierpliwione "cmokniecia" skierowane w nasze plecaki. ![]() Dworcowy hotel w Czerniowcach czekal na remont, byc moze nie generalny, niemniej jednak haldy glazury na schodach i w holach na to wskazywaly. Wskazywal na to dizajn lazienek - nieposkromiony naturalizm. Oczywistosc posiadania cieplej wody w kranie jest tu uluda. Naprawde da sie bez z niej zyc i to calkiem dobrze. Klopoty z woda sa jakby wpisane w zycie tamtejszych ludzi, raczej przestaja byc w ogole problemami. Wydaje sie, ze to nasze aseptyczne spoleczenstwo, cala ta Kultura Zachodu, zabrnela gdzies za daleko w przekonaniu o niezbednosci stosowania srodkow bakteriobojczych i dezynfekcyjnych. Nie mam na mysli porazajacego wszelkie zmysly naturalizmu, a jedynie prostote w przezwyciezaniu pewnych trudnosci. Fascynuje mnie fakt, ze to, co dla mnie jest niedogodnoscia, badz trudnoscia, tam nie wiaze sie z zadnym dyskomfortem albo wysilkiem - jest to, co jest, tak wlasnie bylo zawsze i nadal pozostaje. ![]() Bedac w Czerniowcach nie czujemy jednak zadnej zmiany, jestesmy tu, czyli wlasciwie wszedzie albo nigdzie. Ruszamy dalej. W informacji na zadbanym, jak nic innego wokol, dworcu za cene 1,2 hrywny dostaje karteczke o nastepujacej tresci: "Czerniowce - 15.44_Odessa - 20.44". Rozbawieni tak krotkim czasem podrozy, kupujemy "plackartne" czyli miejsca lezace. Na peronie pelnym kraciastych toreb, wypakowanych do granic mozliwosci, fioletowych wozkow na 2 kolkach i niewidocznych niemalze zza toreb kobiecin w chustach, ktore zywo dyskutuja, co chwila uzywajac czegos w rodzaju "...eech...", w tej rozciagnietej chwili oczekiwania zaczyna sie COS dziac. Czas wydaje sie tracic znaczenie, oczekiwanie nie jest nerwowe, ale jakby naturalne. Siedzimy i rozgladamy sie wokol, patrzac na ludzi, zastanawiajac sie kim sa, co robia. Powoli zbiera sie ich coraz wiecej, kazdy zaopatrzony w wielka torbe i plastikowa butelke z czyms do picia. Czekaja razem z nami, ale nie spogladaja na zegarki- tak jakby nie wierzyli, ze cos moze zalezec od nich, tak jakby po prostu czekali ze spokojem na to co sie ma zdarzyc. ![]() "...Byl na wojnie w Afganistanie, a wy nie jedzcie Odessa, jedzcie Karpaty! Tam jest pieknie, ja was zawioze, mam samochod w naprawie i pojedziemy razem. Polsza... Polsza musi byc bogata, ale nam tez jest dobrze, tylko ta wojna i troche bieda, ale my dobrzy ludzie......." Takich ludzi spotykamy tu co krok. Jednak trudno jest nam im zaufac, wydaje sie, ze musza miec jakis cel czy interes w tym, czasem az nadto otwartym, stosunku do nas. Chca nam cos pokazac, gdzies zawiezc. Zastanawiam sie nad tymi wszystkimi ludzmi, ktory proponowali nam nocleg, samochod, sniadanie. To niezwykle mile, ale z drugiej strony jakby krepujace. Trudno poznac kraj, nie znajac jego mieszkancow, ale mam poczucie, ze przynajmniej na razie, chce ich tylko obserwowac.. Wydaja sie byc zawsze zasmuceni odmowa, jest im przykro, ale przeciez czesto ich propozycje sa nierealne, tak jakby chcieli przekroczyc dzielacy nas dystans- chocby taki, ktory wynika z naszej tymczasowosci w ich zyciu, ale przekroczyc go zbyt nagle, natychmiast, w stu procentach. ![]() Wsiadamy do pociagu. Przed wejsciem do wagonu stoi "prowadnik" i bez pytania zabiera nam bilety. W srodku duszno, zapach potu i ludzi - juz troche zmeczonych podroza - i toaleta... na drzwiach rozklad jazdy - Odessa 08.44.......... Z kilku godzin podroz rozciaga sie na kilkanascie. Ogarnia mnie lek przed ta otwarta przestrzenia wagonu, gdzie nie ma zadnej intymnosci - takie pojecie chyba tu nie istnieje. Siedze na koncu korytarza i patrze. Wszedzie tylko stopy i skarpety - szare i sprane, czarne i grube, a jest przeciez 30 stopni w cieniu! W trakcie tej podrozy granice z Moldawia przekraczamy czterokrotnie, za kazdym razem wypelniajac karte meldunkowa. Poczucie absurdu, obecnosc zasad, ktore wszyscy wokol przyjmuja bez chwili refleksji, powoduja rozdraznienie. Skad w ludziach tu tyle spokoju? Co wioza w torbach upchnietych wszedzie?! Nawet przed WC-tem? Czemu zabrali mi bilet, nie pozwalaja korzystac z toalety, bo zamknieta, bo "sanitarnaja zona"?! Nic nie pija, nic nie jedza, choc grupka jedynych w tym wagonie mezczyzn popija spokojnie przezroczysty trunek, coraz glosniej dyskutujac. Ale kontrola musi byc, wiec "prowadnik" najpierw wlacza radio na cala moc zdezelowanych glosnikow, po czym o 21 gasi swiatlo*... Nici z czytania Andruchowycza . Tymczasem moja percepcja zdaje sie wszystko wypaczac, wyolbrzymiac - stukot pociagu, nierowne oddechy wspolpasazerow i te zniewalajaca duchote, rozpostarta nad nami niczym przyciasny namiot. Toaleta staje sie centrum spotkan kulturalno - oswiatowych, tylko tam slaba zarowka sprawia, ze wszyscy do niej lgna, pala Primki i rozmawiaja. Melanz dymu z papierosow i smrodu prymitywnej latryny, podgrzany panujaca wokol temperatura, staje sie nie do wytrzymania i nie ma szansy odwrotu, nie ma wyjscia, nie ma chocby uchylonego okna. Wysuszony i zlotozeby trzydziestoparolatek o wygladzie piecdziesieciolatka owija kromke chleba cienkim drucikiem. Potem wszystkich czestuje, mnie rowniez, biore kawalek do ust, gryze i polykam. Po chwili czuje te metalowa, chlodna linke w przelyku. Probuje ja delikatnie wyciagnac. Z poczatku idzie latwo, potem jednak mam wrazenie, ze linka zahaczyla o cos we mnie, w srodku i ciagnie niemilosiernie. Jesli ja odetne, reszta zostanie i zawsze bedzie haczyc. Nie wiem, co zrobic, a oni wszyscy gdzies sobie poszli..... Pobudka porannym radiem, ponownie na cala mozliwa, trzeszczaca moc. ![]() To wazne - czy ubrac ciezkie, gorskie, wodoodporne buty, czy sandaly. Ktores z nich trzeba upchnac potem w plecaku, a niebo zachmurzone. Niezdecydowani szukamy "komnaty" w Odessie. Kobieta w czarnym koku z nieukrywana determinacja, energicznie prowadzi nas do "marszrutki". Po 40 minutach jestesmy na miejscu. Krajobraz kojarzy mi sie raczej z mala wioska, na pewno nie z Odessa. Drewniane domki, krete ulice z ubitej ziemi i obiecana "komnata"! Domek, otoczony drewnianym plotem, zostal sklecony z kilku rodzajow cegiel, przedsionek przerobiono na kuchnie, lazienka to jednoczesnie korytarz, prowadzacy ku pokojom, majacym w sobie cos z tymczasowosci, skleconego napredce baraku. Gustowna tapeta na scianach i wielkie pierzyny maja za zadanie budowac wrazenie solidnej budowli. 15 minut do plazy, droga posrod odnawianych w pospiechu daczy. Plaza - nie mam slow.......... ![]() ![]()
W zachodzacym sloncu i lekkiej mgle zurawie wygladaly jak czarne ptaki. Migoczace wokol swiatelka wprawialy w jakas niewytlumaczalna melancholie, a cieply wiatr, przypominajacy o tym, gdzie tak naprawde jestesmy, budzil niepokoj . W porcie mozna kupic bilety do Rumunii i Istambulu. Dystans do tych miejsc to tylko to jedno morze, wydaja sie one byc jak na wyciagniecie reki. ![]() Nastepny poranek okazal sie rownie goracy jak poprzedni. Pomimo zlowieszczych chmur na niebie. Potem byl dworzec autobusowy pelen zlych twarzy, gorace, swieze "pirozki" i autobus, w ktorym sila wywalczylismy miejsca. Podroz do Besarabii, podroz przez stepy, a wczesniej przez delte Dniestru. Wszedzie woda i bagna, rozklekotane samochody za brudnym oknem autobusu, przypominajacego blaszana puszke, nagrzana sloncem do granic wytrzymalosci. ![]() ![]() Krajobraz jest plaski, rosliny jakby dzikie i nieznane, znajome byc moze tylko ze snow. Kazdy widok za oknem zaskakuje. Pojawiaja sie stepy, w zachodzacym sloncu maja rdzawo- rozowy kolor, gdzies w dali biegnie stado koni, jedzie woz. Nie ma domow, nie ma ludzi. Wsiadaja dopiero w malej wsi, gdzie na horyzoncie widac biale, opuszczone budynki, maja pokryte zmarszczkami, ogorzale twarze, na ktorych widac spokoj czy moze znuzenie. ![]() Ciemnosc budzi strach, tak jakby zmysl wzroku wazniejszy byl od rozumu, a inne zmysly weszyly, slyszaly i czuly jedynie niebezpieczenstwo. Byc moze pierwotnosc zyskuje te jedna chwile, by dac o sobie znac, by o sobie przypomniec - wtedy, gdy jest ciemno. Miasto bez latarn, miasto bez ludzi. Gdy wysiadamy z autobusu jako ostatni,
jedynym swiatlem jest mala lampka w samochodzie na poboczu. Samochod okazuje
sie taksowka. Wiezie nas do jedynego hotelu w miescie, do hotelu wojskowego,
gdzie na szczescie godza sie nas przyjac. Na korytarzu tez nie ma swiatla.
Wszedzie znalezc mozna butelki z woda. W pokoju: toaleta, butelki, 4 lozka,
butelki, butelki... Z woda o zoltawym kolorze.. ![]() ![]() Rano nie ma wody na naszym pietrze, jest tylko na parterze, ale tam nie
ma nawet wanny, jedynie kurek z dziura w podlodze. Jedziemy na targ, by
kupic cos do jedzenia. Kupuje torby w kratke, okazuja sie doskonale, wytrzymale
i pojemne. ![]() ![]() Uciekamy do Kiszyniowa. Autobusem. Bilety wygladaja jak bilety do Paryza,
Londynu czy innego "wielkiego europejskiego miasta". Podjezdza
jednak rozklekotany ikarus, z ciezkim, goracym powietrzem w srodku, niemal
jak w saunie. Na granicy musimy wypelnic deklaracje celne, co zajmuje okolo
godziny. Do Kiszyniowa dojezdzamy poznym wieczorem. Wysiadamy GDZIES na obrzezach. Nie mamy moldawskich lei, wiec poszukiwanie kantoru staje sie naszym glownym celem. Sasza, brat milej, zrauszowanej kobiety zabiera chlopakow. My czekamy... niepewnosc, ale jednak zaufanie czy moze juz otepienie wygrywa i zaczynam przygladac sie temu, co dzieje sie wokolo. Kilka przyulicznych bud, kazda sprzedajaca alkohol, a dokola grupki podchmielonych ludzi. Wszyscy sa w doskonalych nastrojach - w koncu to piatkowy wieczor. Na widok mapy, ktora ktos z nas wyciagnal z plecaka, pojawia sie maz podchmielonej kobiety od Saszy i opowiada nam o tutejszych pieknych okolicach i jaki to Kiszyniow, nazywany moldawska Szwajcaria, drogi i jakie to ma swietne mieszkanie, do ktorego moze nas zabrac i przenocowac. Rezygnujemy z tego zaproszenia - moze powinnismy byli skorzystac, nie wiem. Wtedy na pewno nie mielismy na nie ochoty. Centrum Kiszyniowa okazuje sie pelne drogich, luksusowych hoteli. ![]()
dziekuje Agnieszce-Kindze i Monice. Qla
| |||
foto i tekst agnieszka qla majkowska | |||