agnieszka szeffel era - nowe horyzonty 2005
 

  agentka specjalna diaade znowu w cieszynie- z festiwalu pisze Agnieszka Szeffel

 dzien 0  dzien 1  dzien 2  dzien 3
 dzien 4  dzien 5  dzien 6  dzien 7
 dzien 8  dzien 9  dzien 10  dzien 11
 epilog      

 dzien 0. sroda, 20.07.2005.

POCZEKALNIA

"Dobrze jest, aby podroz miala jakas architekture" - pisze Claudio Magris w "Dunaju". Z pobytem w podrozy - wydaje sie - jest podobnie. Rozdrapujac po drodze ugryzienia kaszubskich komarow, pozbywszy sie starego plecaka - ciezkiego jak diabli, a wiec - z walizeczka (o niebiosa!) na kolkach jak kazda wspolczesna miejska podrozniczka, skoro swit wyruszylam do Cieszyna. To miasto, ktore odwiedzam w lecie juz czwarty raz, niczym mnie nie zaskakuje, w ogole sie nie zmienia. Choc nigdy nie mam dosc czasu, zeby w zapoznawaniu sie z nim wyjsc poza pozory. Moge za Jackiem D. i Magrisem powtorzyc, ze racje ma fenomenologia: "sam pozor rzeczy jest dobry i prawdziwy, powierzchnia swiata jest bardziej realna niz jego galaretowate wnetrze". Zwykle z goraczka w oku przemykam ulicami, myslac o czyms innym. Tu kiedys kupilam stary, scienny, zdekompletowany mlynek do kawy, tu mozna zjesc sernik "puszek", i wciaz te same twarze w sklepowych witrynach.

Ulozono mnie do snu w rozowej poscieli. W motyle. W calym Cieszynie nie ma ani jednej malej poduszki. Jestem pewna, ze na wszystkich cieszynskich lozkach leza gigantyczne puchowe poduchy, na ktorych nie sposob ulozyc sie wygodnie, chyba ze zlozysz ja na pol (a gdzie tam! za wysoko), albo polowe spuscisz poza lozko. W ogrodzie rosna agawy. Piesek Ciapek zostal uciszony. Drukarnia nawalila i nie dowieziono dzis festiwalowych katalogow. Nic nie wiem. Jestem jak czysta strona. Moge rozkoszowac sie podroza, sernikiem, brakiem wina w sklepie opodal, obfitoscia piwa, wyprodukowanego przez tutejszy Bracki Browar Zamkowy, ktorego zapachem przesiaknieta jest cala okolica. Jutro tez w koncu jest dzien i polska premiera nagrodzonego w tym roku w Cannes "Dziecka" braci Dardenne'ow. Co ciekawe - moi znajomi, z ktorymi zwykle spedzam tu wolne chwile, przyjezdzaja do Cieszyna z dzieckiem, w kwietniu wydanym na swiat. Poczytujac recenzje, troche sie boje tego filmowego dziecka. Tego realnego tez, zaprawionego w bojach, bo bylo juz na festiwalu w Lagowie. Po prostu czekam, co bedzie dalej.

akss

 dzien 1. czwartek, 21.07.05

GURU NIEBIESKI WSROD NIEWOLNIKOW KOLORU

Tak, racje ma Magris, kazdy dzien pobytu w Cieszynie ma swoja architekture. Pierwszy zwykle spedza sie w Parku Pokoju. Po to, by sie wzmocnic przed wielodniowym maratonem filmowym, a czasem i imprezowym, by zaczerpnac swiezego powietrza, pobyc w ciszy, zaklocanej jedynie szuraniem golebich stop na zwirku i pluskiem wody, saczacej sie dyskretnie z fontanny w ksztalcie kwiatowego kielicha. Ale dzien, spedzony w Parku Pokoju, ma jeszcze jeden wazny cel - lekture festiwalowego katalogu. Ta solidna, staroswiecka, papierowa informacja pomaga w trudnych wyborach. Tegoroczny zapas katalogow przywieziono z opoznieniem, a wyczekany, wystany w kolejce, upragniony katalog wydaje sie zdecydowanie szlachetniejszy od zwyklego, ot tak sobie kupionego bez problemu. W dodatku czas, spedzony w kolejce, nigdy nie jest czasem straconym.

Zastanawiam sie, czy bardziej niz dotad interesuje sie moda? Czy tez w tym roku zjechala do Cieszyna bardziej niz dotad offowa (co nie znaczy niechlujna) smietanka polskiej mlodziezy? To - zdaje sie - Rita Gombrowicz (lub maz Rity, nie pamietam) powiedziala, ze elegancka kobieta ma zawsze na sobie cos nie pasujacego do reszty. Elegancki off? Tu sie wlasciwie tego nie oglada. Wizerunek uczestniczek i uczestnikow festiwalu jest pod kazdym wzgledem zaplanowany i doprowadzony do pelni. Szczegolny porzadek panuje w gamie kolorystycznej. Owa subtelna jednosc w wielosci naprawde zachwyca, przejmujac jednoczesnie dreszczem. Drogie panie, modny w tym roku roz, szpecacy wystawy cieszynskich butikow, tu: przechodzi w doskonalosc roznych odcieni amarantu. No i nie zapominajmy o szalikach - bez wzgledu na okazje, pore dnia, temperature powietrza - obowiazkowe, pasujace kolorystycznie do reszty, zamotane wokol szyi z koniecznie pozorna niedbaloscia.

Owa wysmakowana cieszynska publicznosc, przez organizatorow zwana mityczna, otrzymala dzis w prezencie godna siebie dawke dobrych wibracji. Zaproszony przez Romana Gutka wirtuoz gongu - Don Conreaux rozpoczal festiwal malym powitalnym koncertem. Szczuply, siwy, dlugowlosy i brodaty Conreaux jest uosobieniem spokoju. Gdy tylko wydal z siebie glos, osunelam sie lekko w fotelu, rozluzniajac przy tym miesnie twarzy. Podczas wystepu artyscie towarzyszyl podobnie niuejdzowo wystylizowany Aidan McIntyre oraz w tle w zwolnionym tempie rozpryskujacy wode delfin. Blekit morskich fal muskal twarz Dona, powietrze drzalo, gdy wywijal jednym z gongow jak lassem, Aidan z anielska slodycza potrzasal dzwoneczkami. Pobyt w Cieszynie Conreaux zakonczy wielkim koncertem w Kosciele Jezusowym, wczesniej zaprasza na codzienne wieczorne "kapiele w gongu", ktorych uczestnicy sluchaja muzyki, lezac na ziemi. Kto wlada gongiem - twierdzi guru - posiada umiejetnosc leczenia i odmladzania. Poglos i wibracje, jakie wytwarza gong, sa niczym tetno Natury, przenikaja nasze ciala gleboko i wyraznie, sprzyjaja dobrym emocjom.

Pozytywna energia gongu nie uratowala jednak w moich oczach "Dziecka" braci Dardenne. Trudno mu cokolwiek zarzucic, jednoczesnie nie odczuwam potrzeby, zeby sie nad nim zatrzymac. To film nalezacy do nurtu "kina opowiadajacego historie", kameralny, oszczedny, bardzo prosty w sposobie ksztaltowania tej dosyc prostej historii chlopaka, drobnego zlodziejaszka, ktory zostaje ojcem i probuje ubic na tym interes - sprzedaje swoje dziecko, wpadajac przy okazji w tarapaty. Dlaczego bracia Dardenne zdecydowali sie opowiedziec wlasnie te, a nie inna historie, co ich w niej ujelo, zdziwilo? Patologia braku uczuc? Wiemy, ze taki swiat istnieje, a to jest jego wersja - mimo wszystko - dosyc lagodna. Wiec moze nalezalo by docenic owa lagodnosc, zgodzic sie z tym, ze epatowanie brutalnoscia i okrucienstwem na ekranie nie porusza, a poruszyc winna codziennosc, zwyklosc zycia, ktore nie jest latwe, brak spektakularnosci. Byc moze ten film nalezalo by potraktowac powazniej, z wiekszym namyslem, postawic pytanie, czy finalowa przemiana bohatera nie jest jedynie jeszcze jednym, najlepszym w tym momencie wariantem przetrwania. Bo Brunon wydaje sie doskonalym odbiorca sygnalow, jest jak zwierze w dzungli, wyczulony na najdrobniejszy szelest, dopasowuje sie do sytuacji, natychmiast podejmuje decyzje. Bylby dobrym menadzerem. Nie trzeba jego walki o zycie nazywac desperacka. Brunon nie jest outsiderem, ani cynikiem, nie sklania sie ku teatralnym gestom, niczego nie odgrywa, jest szczery, chwilami naiwny. W swoim braku uczuc i poszanowania dla podstawowych zasad moralnych jest niemal uczciwy. Film Dardenne'ow otrzymal tegoroczna Zlota Palme w Cannes.

akss

dzien 2. piatek 22.07.05

Kiedy Diana Agrest podczas kwietniowego wykladu w krakowskiej Mandze opowiadala o projektach architektonicznych swojego studia dla Szanghaju, podkreslala, ze systemem artystycznym naszych czasow jest system zwiazany z kultura audiowizualna, a wiec sposob projektowania miasta powinien przypominac sposob tworzenia filmu. Terminem >akupunktura miejska< okreslala sekwencje punktow energetycznych, tworzacych zwiazki w miejskiej strukturze, ktore z kolei skladac sie mialy na charakterystyczna dla danego obszaru narracje. Projektowanie miasta byloby zatem - zdaniem Agrest - wymyslaniem powodow dla wedrowki, porzadkowaniem, wypelnianiem pustych miejsc siatka ulic. Takie sa dzisiaj oczekiwania azjatyckich miast, ktore pozbawiono ulic, przejsc, skrotow, wyposazajac w gigantyczne pola pustej przestrzeni widokowej. Ta swieza dosyc potrzeba architektonicznego rozwoju laczy sie z wciaz silna, chinska mocarstwowoscia. Stad powodzenie spektakularnych projektow Koolhaasa w Pekinie.


Pekin jest miastem, w ktorym rozgrywa sie akcja pierwszego, pokazanego w Cieszynie filmu, ktory startuje w konkursie - "Swiat" (Shijie, 2004) w rezyserii Jia Zhang-ke. Cieszynski konkurs jest prawdziwym polem minowym. Czesc widowni przyjezdza tu tylko po to, by obejrzec filmy konkursowe, uznawane za najciekawsze, najbardziej kontrowersyjne, z zasady dzielace publicznosc, wywolujace skrajne reakcje. Ale zaczelo sie spokojnie. Nikt nie wyszedl z kina. Tytulowy >swiat< to pekinski park rozrywki, stworzony na podobienstwo tej powazniejszej czesci Disneylandu z kopiami architektonicznych cudow swiata w miniaturze. Parkowe miasteczko oferuje zwiedzanie kopii zabytkow, podroz nie w 80, a w 1 dzien dookola swiata. W tym filmie nikt nie jezdzi na rowerze, zas granatowe kufajki nosza tylko krewni ze wsi. Sledzimy losy kilku dziewczyn, pracujacych w parkowej rewii, ich znajomych tancerzy i straznikow. Losy ani nazbyt skomplikowane, ani nasycone dramaturgicznie, nie wywolujace wiekszego zaangazowania. Ta historia po prostu sie toczy jak wiele - trzeba przyznac - podobnych, azjatyckich historii. Jednak miasto pojawia sie w niej ciekawie. W kontrascie dalekich planow, wypelnionych doskonalym projektem modernizmu egzystencjalnego, od ktorego Europa ucieka, identycznych w formie, cudownie opustoszalych dzielnic mieszkaniowych i podobnie posagowych amerykanskich wiezowcow, do ciasnych, ciemnych, oswietlonych zoltym, slabym swiatlem wnetrz garderob, sklepow, szwalni, lazienek i restauracji z oblazacymi farba scianami, z wytartymi lustrami, w ktorych przegladaja sie piekne, parkowe girlsy.

akss

dzien 3. sobota 23.07.05

BYC JAK MAGGIE CHEUNG

Piekna, eksport z Hongkongu, z czarnym afro na glowie, ubrana niedbale - dzinsy, tenisowki, skorzana kurtka, kobieta z przeszloscia, po Paryzu jezdzi skuterem owinieta bordowym szalikiem, przypomina troche te dziewczyne z blizna, ktora zagrala w "Chinese box", zwykle nerwowa, szybka, ostra, palaca papierosa za papierosem, nieraz z czerwonymi ustami, ze smutkiem w oczach, nienagannie wladajaca angielskim, francuskim, dialektem kantonnskim i kto wie jakim jeszcze jezykiem, zawsze w tarapatach, 6 miesiecy spedzila w wiezieniu za posiadanie narkotykow, jej maz - artysta na skraju zalamania nerwowego wstrzykuje sobie smiertelna dawke heroiny, w Kanadzie ma syna, ktorego jej odebrano, niezle spiewa w Londynie, w San Francisco nagrywa plyte z kilkoma piosenkami, napisala do nich slowa, muzyke skomponowala kolezanka z celi, w Paryzu wynajmuje pokoj w domu zaprzyjaznionej Beatrice Dalle (slynna Betty Blue po latach coraz czesciej na ekranie - za niepokojaca urode wielbiona przez Claire Denis, przez C.S. Leigh zangazowana do "Procesu", o ktorym kiedy indziej), do wiatru wystawia ja dawna przyjaciolka, cudowna Jeanne Balibar (ktora tak mi sie podobala w duecie z Sergio Castelito w filmie, ktorego tytulu nie pamietam), a Nick Nolte jest jej wybornym amerykannskim tesciem. Niektore filmy kaza nam po wyjsciu z kina inaczej wygladac, inaczej mowic lub - czesciej - nie mowic zbyt wiele, inaczej stawiac stopy, inaczej unosic lub opuszczac glowe, nucic jakas piosenke, kolysac sie do jej rytmu. Jest sobotni wieczor, po czeskiej stronie opustoszale ulice, puste domy, niedaleko jakas granica. Po filmie Oliviera Assayasa "Clean" (2004) kolyszac sie, chce byc jak Maggie Cheung (Maggie Cheung otrzymala nagrode za najlepsza role kobieca na tegorocznym festiwalu w Cannes).

Jednak ciekawiej bylo by zostac nie skosnooka narkomanka a François'em Roche'm, francuskim architektem, ktory na zaproszenie Fundacji Galerii Foksal rok temu przyjechal do Cieszyna z okazji projekcji filmu o jego tajlandzkim Hybrid Mascle, budynku, wykorzystujacym jako jedyne zrodlo zasilania energie wygenerowana przez prace miesni wolu. Tym razem zaproszenie wiaze sie z projektem pieszej kladki na Olzie, jaki paryskie studio przygotowalo dla Cieszyna, a wladze miasta go zaakceptowaly. Architekture Roche'a nalezy umiescic w nurcie organicznym. Mimo, ze architekt w projektowaniu korzysta z zaawansowanych technologii komputerowych, komputer to tylko narzedzie w jego rekach. Zasadniczy proces projektowy poprzedza analiza topograficznej geometrii miejsca, w ktorym powstana planowane obiekty. W tym przypadku najbardziej intrygujaca wydala sie architektowi sytuacja granicznosci - most w Cieszynie jednoczesnie dzieli i laczy dwa brzegi, podzielonego granica miasta, dwa kraje, dwie odmienne kultury. Roche zdecydowal sie zignorowac geometryczny kontrast odmiennych miejskich struktur, skupiajac sie na rzece, czyniac ja obszarem naznaczonym uniwersalnym sensem. Pierwszy rys formalny mostu byl wynikiem analizy lokalnej topografii brzegow i nurtow Olzy. Choc z zewnatrz - ze wzgledu na konstrukcje stalowa - kojarzony raczej z rybim szkieletem, wewnatrz przypomina przejscie przez fale. W formie mostu spotykaja sie dwa plynace w innych kierunkach nurty, dwie substancje, ulegajace polaczeniu. To konieczne wymieszanie, zapetlenie pojawilo sie tu w postaci figuratywnego wezla w srodkowej czesci kladki - w pewnym momencie idac do przodu cofamy sie, jeszcze raz spogladajac na panorame opuszczanego wlasnie miasta. Przejscie przez kladke ma sluzyc nie tylko pokonaniu rzeki, dojsciu z punktu A do B. To miejsce kontemplacji krajobrazu, miejsce refleksji nad terazniejszoscia i przeszloscia, miejsce spowolnienia.

François Roche inspirujac sie badaniami naukowymi, kognitywistyka, fenomenologia, ekozofia wspominal o potrzebie rozpoznawania przestrzeni poprzez cialo. Nie wymieniajac co prawda nazwiska Roberta Venturiego, nieustannie podkreslal wage zlozonosci i niejasnosci wspolczesnej architektury, koniecznosci dynamicznego poruszenia kata prostego. Tu w Cieszynie ta mysl brzmi jak scenariusz fantastycznego filmu. Zapiera dech w piersi. Nie porzucajmy naszych marzenn w strachu przed problemami realizacyjnymi, ktore z pewnoscia sie pojawia, ale dadza sie rozwiazac - przekonywal Roche publicznosc festiwalowa, wladze i mieszkanncow miasta, ktorych pytania i watpliwosci, a takze chec jasnego, niemal pomnikowego przelozenia glownej idei projektowej na konkretne rozwiazania architektoniczne, dowodzi, jak gleboko jeszcze nasze myslenie o architekturze tkwi w paradygmacie modernistycznym.

akss

dzien 4. niedziela, 24.07.05


ZALOTY

Tajlandzka "Choroba tropikalna" (Sud Pralad, 2004) Apichatponga Weerasethakula w delikatny, nie narzucajacy sie sposob pokazuje poczatek romansu miedzy dwoma chlopakami, ktorzy spedzaja ze soba wolny czas. Jeden jest zolnierzem, drugi wiesniakiem. Obrazy tetniacego zyciem miasta, przeplataja sie tu z oddalonym od centrum, osobnym swiatem wiejskiego zacisza, rodzinnego domu jednego z bohaterow, sasiadujacego z dzungla, z ukrytymi w niej, starymi swiatynnymi grotami, ktorym towarzysza niesamowite opowiesci, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Film podzielony jest na dwie czesci. Wlewajaca sie w serca slodycz pierwszej zostaje zastapiona ilustracja starej legendy o duchu szamana, ktory pod postacia tygrysa zabija zwierzeta, wiesniakow, spotkanych po drodze podroznikow. Duch wciela sie tez w czlowieka dzungli, ktorego tropi zolnierz. Te zafascynowana soba, jednoczesnie walczaca na smierc i zycie pare graja niedoszli kochankowie z pierwszej czesci. Wspolna wedrowka, najpierw bedaca zwyklym, przyjemnym walesaniem sie po okolicy, potem pelna niebezpieczenstw przeprawa przez dzungle, zadaje pytanie o ludzka nature. Ile jest w nas dzikosci, ile kultury, narzucajacej sposoby zachowan, owe sztuczki, ktorymi probujemy falszowac wlasna zwierzecosc. Piekny film. Nasycony naturalnoscia i cieplem z jednej strony, z drugiej - przejmujacy dreszczem nieznanej, odleglej, zapomnianej mocy mitu, zrywajacego z jasnym podzialem na to co naturalne i kulturowe, zwierzece i ludzkie.


A wczoraj Piotr Kobus swoim ladnym glosem zachecal do pochylenia sie nad Brazylia. Ten kraj, tak rozlegly, tajemniczy, pod wieloma wzgledami nieodkryty, nawet dla samego siebie stanowi zagadke. Brazylijczycy to ludzie niezwykle uduchowieni, tworczy. Na co dzien zajeci dorywczymi pracami, nieustannie mysla o czyms innym. Taki jest tez bohater pierwszego w cyklu latynoamerykanskim filmu Jorge Furtado "Czlowiek, ktory kopiowal" (O homem que copiava, 2003). Historia pierwszej milosci operatora maszyny kopiujacej, ktory w wolnych chwilach jest rysownikiem, napada na bank, wygrywa w totolotka, cytuje Szekspira, zmuszony sytuacja zastawia smiertelne pulapki na swoich wrogow, falszuje pieniadze, jest groteskowa, lecz nie pozbawiona ciepla, wolna od polnocnoamerykanskiego infantylizmu, wspolczesna wersja "Romea i Julii". Dobrze napisany scenariusz gwarantuje dwie godziny autentycznej przyjemnosci, plynacej ze sledzenia z minuty na minute coraz bardziej pogmatwanych losow kochankow.

Mistrzem w pietnowaniu owego polnocnoamerykanskiego nastoletniego (i nie tylko) infantylizmu i niemal wpisanej w te kulture hipokryzji, jest z pewnoscia Todd Solondz. W "Palindromach" (Palindromes, 2004, niebawem w dystrybucji) opowiada historie nastolatki, ktora opetana mysla o posiadaniu dziecka (bo jest takie slodkie), zachodzi w ciaze, a nastêpnie zmuszona przez rodzicow dokonuje aborcji. W desperacji ucieka z domu, trafiajac do typowej rodziny zastepczej, skladajacej sie ze sporej gromadki uposledzonych fizycznie i lekko rozchwianych psychicznie dzieciakow, wychowywanych w chrzescijanskim duchu. W serii groteskowych sytuacji Solondz pokazuje, ze wspolczesna Ameryka jest nie tylko krajem zamieszkiwanym przez absolutnych popaprancow, ale i krajem pozbawionym nadziei. Nadziei na wzgledna normalnosc. Rezyser wypelnia plan postaciami tylez dziwacznymi, co w swojej brzydocie i bezradnosci niezwykle smiesznymi. W dodatku role glownej bohaterki rozdziela pomiedzy kilka, chwilami zupelnie do niej nie pasujacych, aktorek. Wykoslawia ten swiat jak tylko moze, doprowadza groteske do najwyzszych tonow. To z pewnoscia o wiele ciekawsza w formie, choc rownie >sztuczna< krytyka amerykanskiej obyczajowosci, ciekawsza od sposobu w jaki poddaje ja ocenie w swoich ostatnich filmach Lars von Trier. Cieszynska premiera jego "Manderlay" (2005) juz za tydzien.

akss

dzien 5. poniedzialek, 25.07.05

DZAPAN

Kiedy przychodzi pora deszczowa, w Tokio na matach tatami mozna hodowac rzezuche. Dobrym miejscem na podobna hodowle sa tez szuflady. Buty, pozostawione w szafie, zwykle gnija. Dzis czuje sie tak, jakby Cieszyn przechodzil japonska pore deszczowa. Upal, niebo napuchniete, duszno, nasionka juz rozsypalam w odpowiednich miejscach.

 

Tymczasem na cieszynskich ekranach panuje cudowna japonska jesien. Ciepla i sucha. Lagodnie zazolcone polany, odciete w nadmorskim krajobrazie doskonale rownym konturem, schodza ku morzu urwistymi brzegami. Morze ma kolor brazowy. W takim naturalnym otoczeniu, ktore - mam wrazenie - nigdy nie jest w pelni naturalne, jest raczej jak namalowane na jakiejs rycinie, rozgrywa sie akcja oczekiwanego kolejnego filmu Shinji Aoyamy "Boze moj, Boze moj, czemus mnie opuscil?" (Eli, Eli, Lema Sabachtani? 2005). Autor, pokazywanej w Cieszynie "Eureki", tym razem swoich bohaterow przenosi w przyszlosc. Mieszkancow Ziemi zaatakowal tajemniczy wirus, wywolujacy depresje a w rezultacie samobojcza smierc. W kilku dosyc luzno powiazanych ze soba scenach ogladamy krzatanine dwoch mezczyzn, ktorzy chodzac po okolicy nagrywaja dzwieki, albo zbieraja najrozniejsze przedmioty, ktore moglyby przydac im sie w pracy. Tworza dziwna, kakofoniczna muzyke, ktora - jak sie pozniej okaze - potrafi leczyc zainfekowane organizmy. Przyjazn miedzy nimi jest milczaca, zbudowana na codziennym byciu razem, na trudach i radosci tworzenia wspolnego dziela, na tragicznych doswiadczeniach z przeszlosci, pojawiajacych sie w kilku retrospekcjach. W centrum enigmatycznej fabuly Aoyamy znajduje sie epizod zwiazany z ratowaniem muzyka dziewczyny, ktora zostaje niemal sila przywieziona tam przez swojego dziadka. W wyniku tego spotkania, z niewyjasnionych blizej przyczyn jeden z mezczyzn popelnia samobojstwo. Zadaje wczesniej pytanie, jak odroznic prawdziwe samobojstwo od tego, bedacego efektem zakazenia wirusem. By wyjsc poza zachwyt spokojnym rytmem filmu i niewymuszona doskonaloscia niemal kazdego kadru, mozna by zastanowic sie, czego symbolem jest tak naprawde owa choroba i jej smiertelny final, dokonywany wlasna reka. W kulturze, ktora samobojstwo traktuje jako honorowe wyjscie z zyciowej opresji, jego sugerowana ambiwalencja wydaje sie problemem wartym przemyslenia.


Odpryski kina japonskiego, ktore do nas docieraja, rozpiete sa pomiedzy skrajnosciami. Z jednej strony spektakularni w swoim ekranowym okrucienstwie i penetrowaniu ciemnych stron natury ludzkiej Takeshi Kitano, Senja Tsukamoto czy Takashi Miike, z drugiej - tworcy, bioracy na warsztat historie zupelnie niefilmowe, ciche, zdawaloby sie puste - pozbawione jakiejkolwiek dramaturgicznej mocy. Do tego drugiego nurtu zaliczyc mozna z pewnoscia tworczosc Aoyamy, jak rowniez film Juna Ichikawy "Tony Takitani" (2004), bedacy wierna adaptacja jednego z opowiadan Haruki Murakamiego. To dosyc prosta, a jednoczesnie niezwykle subtelna opowiesc o samotnosci. Jej bohaterem zostaje Tony Takitani - rysownik. Wychowujacy sie wlasciwie bez rodzicow Tony samotnosc utozsamia ze stanem naturalnym. Takie po prostu jest zycie. Jak czesto zdarza nam sie adaptowac do danych z gory sytuacji? Nieustannie. Przyzwyczajamy sie do nich, nie zauwazajac, ze dawno przekroczylismy owa niewidzialna granice normalnosci. A jezeli przyznajemy sie przed soba do jej przekroczenia, zwykle tlumaczymy to indywidualizmem, wpadamy w egotyczny ton. Bohater Ichikawy uswiadamia sobie te prawde, poznajac swoja przyszla zone. Obecnosc drugiego czlowieka zmienia go, pokazuje, ze zycie posiada jakies alternatywne wersje, o wiele lepsze od tych, ktore wydawaly mu sie naturalne i niezmienne. Jego niema rozpacz po tragicznej smierci zony, ktora przechodzi w akceptacje powrotu do dawnych przyzwyczajen, w ciszy i braku jakichkolwiek dramatycznych gestow, przesyconych zwykla europejska emocjonalnoscia, jest wyjatkowo wstrzasajaca. Zarowno formalna jak i ideowa czystosc tego filmu zachwyca. Nie ma w nim zadnego zbednego elementu. Chlodna precyzja realizacji jest narzedziem, budujacym autentyczne wzruszenie.

Zdaje sie, ze slychac grzmoty, idzie burza, byc moze zaraz spadnie deszcz. Dlatego, ukladajac sie do snu na mojej wielkiej cieszynskiej rozowej poduszce, w moim lozku szerokoscia przypominajacym trumne, mam nadzieje niebawem uslyszec jego szum.

akss

dzien 6. wtorek 26.07.05

MEREDITH - OPOWIESC O ZWYCZAJNYM SZALENSTWIE

Kiedy w mojej ulubionej sali Hotelu pod Brunatnym Jeleniem rozpoczynala sie projekcja "Ellis Island" (1981), jej autorka - Meredith Monk ladowala wlasnie na lotnisku w Krakowie. Najwieksza jak dotad - zapewniaja o tym Roman Gutek i Mariusz Grzegorzek - gwiazda muzyczna cieszynskiego festiwalu juz jutro da koncert w Kosciele Jezusowym. Tymczasem obejrzelismy dwa jej autorskie filmy: wspomniana "Ellis Island" i "Ksiege dni" (Book of Days, 1988) oraz dokument Grzegorzka, nakrecony przy okazji pierwszego pobytu Meredith w Polsce w 1995r. Jutro wczesnym popoludniem obejrzymy jeszcze "Quarry" (1978) i kilka krotkometrazowek.

Ta niewielka, szczupla kobieta o charakterystycznym wygladzie jest prawdziwym tworczym wulkanem. Po prostu zawsze taka byla. Jej rodzice, wykonujacy artystyczne zawody, nie poswiecali Meredith zbyt wiele uwagi. Musiala sama sie soba zajmowac. Jako dziecko miala klopoty z koordynacja ruchow, dlatego rodzice wyslali ja na specjalne cwiczenia, pozwalajace zapanowac nad ta slaboscia z pomoca muzyki i spiewu. Meredith wymyslila sobie wlasny sposob poruszania sie, odkrywajac jednoczesnie, ze to samo moze zrobic ze swoim glosem - zaczela spiewac, uzywajac go w sposob niecodzienny. Glosem stwarzala przestrzenie, przedmioty, swiaty. Jej spiew - zwykle z akompaniamentem fortepianu lub acapella - raz brzmi lagodnie, spokojnie, niemal slodko, innym razem dzwieki, jakie z siebie wydaje, moga przypominac rozpalanie ogniska w dalekim stepie ("Step Music").

Ludzie, z ktorymi wspolpracuje, podkreslaja, ze jej sukces okupiony jest ciezka praca i wielkim zaangazowaniem ze strony artystki. Jak kazdy tworca i wielka Meredith Monk miewa chwile zwatpienia, do ktorych z pelna pokora sie przyznaje. Popada wtedy w depresje, wielokrotnie zadaje sobie pytanie o sens tworzenia bezuzytecznej w gruncie rzeczy sztuki. Jest silna osobowoscia, ktora jednak pomaga swoim wspolpracownikom stanac na wlasnych nogach, rozwijac sie samodzielnie, nie karmi sie cudzym sukcesem, nie dajac nic w zamian, potrafi inspirowac, a kazda spedzona z nia chwila jest wypelniona nauka, jak dojsc do czegos naprawde odkrywczego, waznego malymi, prostymi krokami. Monk podkresla wage emocji w tworzeniu, prezentowaniu i odbieraniu sztuki, podkresla wage smutku, ktory - jej zdaniem - jest naturalnie wpisany w ludzka egzystencje.

Meredith Monk podczas swojego pierwszego pobytu w Polsce wraz z ekipa filmowa pojechala do Lomzy i Stawisk, skad pochodza rodzice jej matki. Kaze sie fotografowac na tle drewnianych, wiejskich chalup, rozpadajacych sie murow. Na jednym z nich ktos kreda napisal >New York<. Pyta starych ludzi, czy pamietaja jej zydowska rodzine. Zarowno dziadek jak i babka byli woznicami. Kiedy okazuje sie, ze pamietaja, cicho placze ze wzruszenia, zakrywa twarz przed kamera. Polskie akcenty nakladaja sie w filmie Grzegorzka na fragmenty koncertow Monk. Widac jak caly ten emocjonalny bagaz artystka zamyka w glosie i za pomoca glosu sie od niego uwalnia.

Jej filmy sa troche takie jak jej spiew, bardzo poetyckie, nostalgiczne, czarno-biale. Mieszaja sie w nich czas, wydarzenia, ludzie, to wszystko jej jedna wielka parabola. Do brzegow nowojorskiej wyspy Ellis przybijaly statki z emigrantami, tam ich klasyfikowano, ogladano, obmierzano, by zadecydowac, czy godni sa przestapic prog nowego swiata. Wsrod starych murow, odrapanych scian, wsrod krzesel, lawek, na kruszejacych posadzkach, bedacych pozostaloscia po ogromnym kompleksie budynkow administracyjnych skupionych na wyspie, rozgrywa sie dramat uprzedmiotowienia. Twarze, twarze, twarze, setki twarzy, a jedna bardziej wyrazista od drugiej. Kadry przypominaja stare fotografie. Pomiedzy tym wszystkim grupa czarno ubranych tancerzy. Amerykanska wycieczka, jakby wyjeta ze "Schodow" Rybczynskiego, po latach zwiedza ow zarosniety bluszczem i trawa pomnik demokratycznej dyskryminacji. Jest w tym obrazie wielka delikatnosc, zadnych patetycznych gestow. I caly czas w tle slychac spiew. W "Ksiedze dni" panuje podobna atmosfera. Akcja filmu raz po raz przenosi sie ze sredniowiecza we wspolczesnosc, pokazujac uniwersalny charakter ludzkich zachowan, pragnien, lekow, cywilizacyjny zastoj, a takze wciaz zywe - bez wzgledu na epoke - podzialy spoleczne i etniczne. Monk dotyka tu swoich zydowskich korzeni, wprowadza elementy mistycyzmu. Jej filmy sa teatralne, sztuczne, przypominaja sztuki sredniowiecznych kuglarzy, w ktorych mieszaly sie smiech i lzy, przeszlosc z terazniejszoscia, to, co wzniosle i piekne, z tym, co niskie i pozbawione urody.

akss

dzien 7. sroda 27.07.05

DZIENNIK OKA

Prawdziwym wydarzeniem dnia okazal sie - dla mnie - jeden z konkursowych filmow. Oceniajac go, nie mialam watpliwosci, ze zasluguje na najwyzsza jak dotad note. Jednoczesnie mialam swiadomosc, ze w konkursie o takim charakterze jak cieszynski przepadnie. Przysluchujac sie komentarzom po projekcji, pomyslalam, ze wysmakowana cieszynska publicznosc nie rozumie, jak bardzo trzeba byc swiadomym tworca i czlowiekiem, zeby robic podobne kino. W Cieszynie czesto mamy okazje ogladac filmy, bedace dokumentalnym niemal zapisem codziennosci bohaterow, wystylizowane na wizualny dziennik. Wiekszosc z nich to grafomanskie wprawki. Ile taka tworczosc wymaga dyscypliny, pokory i sily, a takze wewnetrznego przekonania, ze podobne projekty maja sens, opowiedzialby Alain Cavelier, ktory w "Filmowcu" (Le Filmeur, 2005) buduje ze skrawkow swoje zycie. Mistrzem Cavaliera moglby byc Jonas Mekas, czolowa postac amerykanskiego undergroundu, nie rozstajacy sie ze swoim Bolexem, ktorego ostatni film "Kiedy szedlem przed siebie, widzialem krociutkie mgnienia piekna" (As I was Moving Ahed Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty, 2000) mozna bylo obejrzec podczas pierwszej edycji festiwalu w Sanoku. Cavalier jest tez autorem doskonalych "Historii", opowiada w nich o swoich przyjaciolach, o waznych dla siebie ludziach, filmujac ich domy, mieszkania, miejsca pobytu. W "Filmowcu" watek obserwacji takich najblizszych czlowiekowi miejsc jest rownie zywy. Ale Cavalier nie moglby sie raczej wpisac swoim filmem w projekt dwoch wloskich profesorow, o ktorym w "Dunaju" wspomina Magris, pod wspanialym tytulem "Architektura podrozy: historia i utopia hoteli". Choc czesto spedza noce w hotelach i oglada je wtedy dokladnie. Taka tymczasowosc bycia fascynuje go i uwiera. Bada sposob, w jaki czlowiek za pomoca nieistotnych szczegolow, drobiazgow dopasowuje sie do miejsca, zmieniajac je. Bywa, ze swoja obecnoscia zmienia je na dluzej. Jak Antonioni. Mieszkal kiedys w tym samym hotelu, ktory wybiera Cavalier. Co czuje rezyser, majac swiadomosc niedawnej, namacalnej obecnosci wielkiego, podziwianego przez siebie czlowieka? Na ekranie widzimy lozko z pognieciona nocna posciela. Antonioni nie mogl sie juz wtedy poruszac, nie wstawal z lozka.

Wlasciwie nie sposob opowiedziec tego filmu. Nie posiada fabuly, jest zbiorem chwil, drobnych zdarzen, wypowiadanych przez rezysera mysli, zapisem wartych zatrzymania fragmentow, ktore go zachwycily, poruszyly, przerazily. Kiedy o tym pisze, wzruszenie miesza sie we mnie z bezradnoscia. Bo ogladajac "Filmowca" trudno uchwycic metode, wedlug ktorej jest ksztaltowany, przepis na autentycznosc i na poezje tego filmu w jednym. Wydaje mi sie, jakby nie bylo w nim lekkosci, ale nie ma w nim rowniez ciezaru. To obraz zycia nasyconego zyciem, filtrowany nieustannie przez osobowosc tworcy. Kazdy, znajdujacy sie w zasiegu wzroku przedmiot, ma w nim jakas wartosc. Twarz spiacej matki, jej slowa w pokoju, w ktorym wszystko jest do niej podobne, wszystko ma kolor jej oczu, jej skory. Pomalowany srebrno malutki lisc bluszczu. Cavalier zerwal go, idac ulica, twierdzi, ze byl mu przeznaczony. Smierc Claude'a Sauteta, o ktorej opowiada w barowej lazience, gdyz nikt tak pieknie jak Sautet nie pokazywal w swoich filmach barow i restauracji. Opowiadaniu o chorobie, starosci, odchodzeniu, o smierci towarzysza codzienne rozmowy, upodobania, owoce, kwiaty, codzienna obecnosc drzewa, rosnacego na tarasie, karmionych przez zone ptakow, ksiazek, ludzi, z ktorymi wspolpracuje rezyser, z ktorymi sie przyjazni. Nie wiem, co moze dac takie zatopienie sie w obcym zyciu. Moze wiare w jego sens. W sens chwili. Ale brzmi to nazbyt patetycznie. Moze nadzieje na czulosc, ktora zycie emanuje. Chwilami.

akss

dzien 8. czwartek 28.07.05

SPOTKANIE

Zagajewski napisal kiedys: bylo tak goraco, ze topil sie olow w witrazach, jastrzebie mdlaly ("W lecie"). W lecie w Cieszynie temperatura powietrza osiaga podobne zenity. Ale tu mozna ukryc sie w kinie, wyposazonym w lepsza lub gorsza klimatyzacje. Nieraz to nie wystarcza. Z drugiej strony akcja filmow, ktore ostatnio ogladam, rozgrywa sie w goracych rejonach swiata, wiec przyzwyczajam sie, jakbym tam byla i upal tak bardzo mnie nie meczy.
Piotr Kobus, zapraszajac do ogladania planowanej przyszlorocznej sekcji narodowej (w tym roku to kino indyjskie - klasyka w stylu wloskiego neorealizmu i produkcje z Bollywoodu) - filmow z Argentyny, podkreslal wage spotkania z nieznana kultura, z ludzmi o innych twarzach, o innych myslach, zajeciach, planach, z miejscami, ktorych nie widzielismy. Kino bywa taka furtka, lornetka, przez ktora mozna patrzec i dostrzec cos, co swoja innoscia zafascynuje lub zbulwersuje. Tu bardzo czesto zdarza nam sie przykladac do wszystkiego wlasna miare, nie rozumiec, natychmiast odrzucac. Przyzwyczailismy sie myslec, ze jezyk kina jest jezykiem uniwersalnym i wszystko, co do nas w ten sposob przychodzi, musi byc od razu rozpoznawalne, podporzadkowane okreslonym regulom, takze regulom okreslonej wrazliwosci. Kiedy mysle o kinie jako o spotkaniu z Innym, wtedy zmienia sie moja perspektywa. Zaczynam sie wycofywac, robie miejsce, slucham. Tak bylo w przypadku wielu pokazanych tu filmow, a z pewnoscia w przypadku "Los muertos" (2004) Lisandro Alonso.

Bohaterem filmu Alonso, nakreconego w konwencji dokumentu, jest czlowiek, ktory wlasnie wychodzi z wiezienia. To maly fragment jego zycia, zarejestrowany w przelomowym - zdawaloby sie - momencie. Pozegnania i powitania, pierwsze po latach zakupy, wizyta u prostytutki, droga przez dzungle do miejsca, w ktorym mieszka jego dawno nie widziana corka. Patrzac na jego twarz, zastanawialam sie, czy tak moglby wygladac Oliveira z "Gry w klasy" Cortazara. Mialby moze mniej szorstkie dlonie, mniej spalona sloncem twarz, poruszalby sie inaczej, mniej niedbale. Moze, ale niekoniecznie. Kamera pozwala pobyc z tym czlowiekiem, poznac jego otoczenie, spojrzec na nie tak jak on w tej chwili - jak na cos obcego, a jednoczesnie odnalezionego jako swoje. Po drodze wyjmuje miod z barci, zabija koze, plynie lodka, przysluchujac sie odglosom dzungli. Kiedy dociera do domu corki, dla ktorej kupil cukierki, okazuje sie, ze wyjechala. W domu zastaje dwojke jej dzieci.
Filmy, ktorym daje szanse, z ktorymi chce sie spotkac, w jakis sposob zawsze oddaja mi cos w zamian. To zwykle proste, obyczajowe historie jak francusko-marokanska "Wielka podroz" (Le grand voyage, 2004) Ismaëla Ferroukhi'ego, w ktorej ojciec i syn - marokanscy emigranci, mieszkajacy we Francji jada samochodem w podroz do Mekki. Podroz staje sie dla obu szansa na wzajemne poznanie, ktore przebiega niezwykle gwaltownie, w wielu uczuciowych szarpaninach. To zetkniecie dwoch pokolen, ale i dwoch kultur - francuskiej, reprezentowanej przez syna i tradycyjnej marokanskiej, ktorej przedstawicielem jest ojciec, dwoch mentalnosci. I kiedy wydaje sie, ze ich spotkanie sie udalo, ze kazdy z nich zaakceptowal sposob zycia i wartosci drugiego, uczac sie szacunku dla innosci, po dotarciu do Mekki ojciec umiera. Podobnie w izraelskim filmie "Wziac sobie zone" (Ve lakachta lecha isha, 2004) Ronit Elkabetz, w ktorym z kobiecej perspektywy ogladamy wypelnione problemami zycie rodzinne w Izraelu lat 70. spotkania bywaja bardzo trudne.

Z kolei dokumentalny esej Francuza Emmanuela Carrere "Powrot do Kotelnitch" (2003) przenosi nas do wspolczesnej Rosji. Rezyser wraz z operatorem i tlumaczem dociera do prowincjonalnej miejscowosci pod Uralem, zeby nakrecic reportaz o pewnym wegierskim zolnierzu, ktory najpierw jako jeniec wojenny, potem jako pensjonariusz zakladu dla umyslowo chorych, zapomniany przez wszystkich, ktorzy mogliby domagac sie jego zwolnienia, spedzil tam ponad 50 lat. Jednak film Carrere'a na skutek wydarzen, ktorych ta skromna ekipa byla swiadkiem, zmienil bohatera. W doskonaly sposob pokazuje, na czym polega praca dokumentalisty i czego jest wynikiem - przypadku, intuicji? Czesto. Rezyser interesuje sie pewna dziewczyna, zwiazana z agentem dawnego KGB, podejrzewajac ja rowniez o zwiazek z organizacja. Kiedy okazuje sie, ze to pomylka, dziewczyna wraz z kilkumiesiecznym synem zostaje brutalnie zamordowana.

Film, ktory ogladamy, zawiera w sobie te wszystkie watpliwosci, a szczegolnie jedna podstawowa - czym sie stac, jaka przyjac forme. W rezultacie staje sie esejem o ludziach, ktorych spotkal Carrere w jednym z rosyjskich miasteczek. Uczestniczac w ich codziennym zyciu, bawiac sie z nimi, placzac nad grobami zmarlych, pijac z nimi wodke, rozmawiajac o zwyklych sprawach, dzielac z nimi bol po stracie najblizszych. Ta opowiesc nie ma zadnego finalu. Cala jej sensacyjnosc ginie gdzies po drodze, przestaje byc interesujaca. Finalem jest rodzinna historia Carrere'a. Jego matka byla Rosjanka urodzona we Francji, jej ojciec pochodzil z Gruzji, z ktorej wyemigrowal na Zachod, w czasie niemieckiej okupacji byl tlumaczem, wspolpracowal z Niemcami. W 1944 roku po prostu zniknal. Podobnie jak tamten Wegier, zamkniety w rosyjskim szpitalu, jak bohaterka tragicznych wydarzen w Kotelnitch. Dlatego to miejsce stalo sie dla rezysera symbolicznym punktem na mapie, miejscem, w ktorym sie znika. Jego symbolika miala jednak podwojne dno. To tu rezyser odnalazl samego siebie, przypomnial sobie jezyk, ktorego w dziecinstwie uczyla go matka, dotarl do korzeni. Spotkanie z Rosja dla niego zakonczylo sie pomyslnie.

akss

dzien 9. piatek 29.07.05

 

POMIEDZY PUSTKA A PELNIA

Miasto zaroilo sie od Japonczykow. Do Cieszyna przyjechala Shibusashirazu Orchestra. Poza tym, poniewaz z dnia na dzien robi sie coraz gorecej, klimatyzacja nie zdaje egzaminu, wszyscy wachluja sie w kinie japonskimi wachlarzami. Pokonujemy jednak dzielnie upal i zmeczenie. Zamiast jeczec (zupelnie niedopuszczalne) i uzalac sie nad losem prawdziwego kinomana, ktorego Roman Gutek co roku perwersyjnie zamecza swoim filmowym gustem, zaczynamy nabierac do siebie dystansu, wspierani przez kapiele w gongu rezonujemy juz na nieco odmiennych niz reszta swiata czestotliwosciach. Efektem tego rezonansu jest pelna satysfakcja. Coraz wiecej i coraz bardziej zaczyna nam sie tu podobac.

O tym, ze japonskie wplywy sa w Cieszynie wyjatkowo silne swiadczy kolejna najwyzsza nota w moim osobistym rankingu. To dedykowany japonskiemu klasykowi Yasujiro Ozu tajwanski film "Café Lumiere" (Kôhî jikô, 2003) Hou Hsiao-hsiena. I znowu jak we francuskim "Filmowcu", choc oba filmy sa tak inne, roznia sie zdecydowanie forma, odwrocona zostala hierarchia wydarzen. Doniosle momenty zycia, tu zepchniete na margines, robia miejsce drobnym, niewaznym chwilom, pozornie niczego nie zmieniajacym, nie do zauwazenia na codzien. Glowna bohaterka, mloda pisarka - Yoko wraca wlasnie do Tokio z jednej ze swoich podrozy na Tajwan. Interesuje ja pewien tajlandzki kompozytor, ktory mieszkal w Japonii wiele lat temu, Yoko zbiera o nim materialy. Kiedy dociera do swojego malutkiego mieszkania, robi pranie, odbiera telefony, jedzie do rodzicow, po drodze wstepujac do antykwariatu swojego przyjaciela - Hajime (granego przez najpopularniejszego bodaj w tej chwili japonskiego aktora - Tadanobu Asano). Film utkany jest z takich wlasnie drobnych czynnosci, na ktorych rezyser kaze nam sie skupic, bez koniecznosci zastanawiania sie nad tym, co wydarzy sie pozniej. To klucz do tego filmu - jezeli szybko zorientujemy sie jak go >czytac<, unikniemy rozczarowan, dotkniemy tej historii jak dzwieku, ktory nagrywa na tokijskich peronach zafascynowany pociagami Hajime. Byc moze dzieki pociagom, ale tez dzieki atmosferze ten film przypomina mi "Droznika". Ludzie sa w nim wzajemnie powiazani bardzo delikatnymi nicmi. Milczenie, ktore miedzy nimi trwa, jest naturalne, kryjac zarazem bardzo wiele. Ale jak powiedziala Evelyn Glennie, szkocka perkusistka z dokumentu Thomasa Riedelsheimera, cisza jest najglosniejszym dzwiekiem. Kiedy Yoko mimochodem informuje rodzicow o tym, ze jest w ciazy z chlopakiem z Tajwanu, z ktorym nie chce zwiazywac swojego zycia, milcza. Kiedy przez przypadek dowiaduje sie o tym zakochany w niej prawdopodobnie Hajime, nie mowi ani slowa. Wyruszaja wlasnie na poszukiwanie pewnej kawiarenki, odwiedzanej 80 lat temu przez tajwanskiego kompozytora i to wydaje sie w tej przynajmniej chwili najwazniejsze.

Trudno powiedziec, czy bohaterowie filmu Hsiao-hsiena sa - jak ktos napisal - introwertyczni, czy tez kultura, w ktorej zyja, stwarza takie a nie inne warunki, modeluje ich zachowania. Jednak w tej typowej japonskiej uprzejmosci, w wycofaniu, w potrzebie nie ingerowania w sprawy bliskich, nie ma dystansu, nie ma chlodu. Ta historia jest jak jedno z powtarzajacych sie w filmie ujec - to fragment miasta, kolejowy wezel, kadr od gory do dolu wypelniony budynkami, ktore wyrastaja jeden z drugiego, nakladaja sie na siebie, a miedzy nimi, poprzez nie wija sie kolejowe tory raz po raz znikajac w jakims tunelu. Doskonaly porzadek chaotycznie splatanych linii i plaszczyzn, w architekturze miasta stanowiacych tlo bez aspiracji do chociaz chwilowego przejecia roli monumentu. "Café Lumiere" nie ma pointy, niczego nie wyjasnia, konczy sie, aby trwac.

Tego samego dnia w konkursie i - jak sadze - w ramach kontrastu pokazano brytyjski "Process" (2004) C.S. Leigh'a z Béatrice Dalle w roli kobiety na skraju zalamania nerwowego, w finale popelniajacej samobojstwo. Film >dizajnerski<, przerysowany w swoim uporzadkowaniu, choc taka kategoria pewnie nie istnieje, ale kojarzy mi sie z ekskluzywnymi magazynami, prezentujacymi wnetrza, w ktorych nie tyle mozna zyc, co stanowic element wyposazenia i to w odpowiednim, pasujacym do reszty stylu. Zarowno Béatrice Dalle jak i jej filmowy maz - Guilliame Depardieu doskonale sie do tego nadaja. Film jest dizajnerski pod kazdym wzgledem. Jego akcja rozgrywa sie w starannie zaprojektowanych scenografiach, wyjetych ze wspomnianych magazynow, kadry sa dopracowane co do milimetra, scenariusz wyczyszczony ze zbednych zawilosci, doprowadzony do skrajnosci - prezentuje tylko te najmocniejsze, najbardziej spektakularne momenty akcji, przez co gubi i chronologie i logike, ale jest to zabieg jak najbardziej swiadomy. Pokazuje proces odchodzenia glownej bohaterki, ktora przezyla tragedie smierci dziecka i wlasnej choroby. Teatralizuje kazdy jej ruch, kazde spojrzenie, bo tez wszystkie te gesty skierowane wobec swiata sa ostatnimi.

Béatrice Dalle jest prawdopodobnie jedyna aktorka godna podobnej, wystylizowanej do granic wytrzymalosci roli. Jej przez lata uksztaltowany wizerunek kobiecosci totalnej, zatopionej w emocjonalnej szarpaninie, ktora prosta droga prowadzi do szalenstwa, tu spelnia sie ostatecznie w chlodzie smiertelnej gry z sama soba. Caly ten z chirurgiczna precyzja przygotowany spektakl przeraza swoja banalnoscia. W sugerowanym niedopowiedzeniu wszystko odkrywa.

akss

dzien 10. sobota 30.07.05

 

INTRUZ KONTYNENTALNY

Claire Denis nie da sie po prostu >polubic<. Ona na to nie pozwoli. Bedzie sie dziko wyrywac z naszych objec. Zachwycajaca filmem "W piatek wieczorem" (Vendredi soir, 2002), bezwzgledna i dosadna w "Trouble Every Day" (2001), trudna w duecie z filozofem Jean-Luc'em Nancy w noweli "Vers Nancy" z "10 minut pozniej: Wiolonczela" (2002) jest jedna z najciekawszych rezyserek francuskich sredniego pokolenia. Najnowszym, oczekiwanym z niecierpliwoscia "Intruzem" (L'Intrus, 2004) znowu niepokoi i intryguje, pozostawia sam na sam z zawilosciami fabularnymi tego filmu, z niezwyklym pieknem budowanej konsekwentnie formy, wspieranej zdjeciami stalej wspolpracowniczki - Agnes Godard, autorskim scenariuszem na podstawie ksiazki Nancy'ego, wybitna kreacja aktorska Michela Subora w roli glownej.

Trudno pisac o tym wielowymiarowym i wielowatkowym filmie, bo tak czy inaczej upraszcza sie go, sprowadza sie do jakiejs konkretnej, logicznej calosci, ktora nie jest, od ktorej sie odcina. Jego bohaterem jest Trebor, starszy mezczyzna z niejasna przeszloscia. Swoja fizycznoscia Michel Subor daje tej postaci dojrzalosc, sile i pewnosc z jednej strony, z drugiej - w jego spojrzeniu, w lekkim opadaniu powiek, w wyraznym rysunku ust kryje sie cos mrocznego, a nawet brutalnego. Ow cien Denis wykorzystuje i potwierdza, staje sie on punktem wyjscia dla wszystkich niepokojacych realnych zdarzen, badz sennych wizji, czy wyobrazen - trudno je od siebie oddzielic, rezyserka zaciera miedzy nimi granice - towarzyszacych bohaterowi. Trebor mieszka wraz z dwoma psami przy granicy szwajcarsko-francuskiej. Byc moze uczestniczy w nielegalnym przemycie, byc moze kogos przy tym zabija, byc moze ma kontakty z rosyjska mafia lub tylko obserwuje przygraniczny handel (ludzmi? ludzkimi organami?), trafiajac raz po raz na jego slady. To wszystko na marginesie spokojnego zycia na odludziu, w niedalekim towarzystwie "najpiekniejszej wyderki w calej dolinie" - jak o niej mowi - Beatrice Dalle w epizodzie i syna (Grégoire Colin).

Film Denis wypelniony jest postaciami, ktore ocieraja sie jedynie o ten swiat, wydaje sie, ze nie maja decydujacego wplywu na jego dramaturgie, ale jak u wloskich neorealistow sa tzw. "watkami znalezionymi". Ich obecnosc nie jest do konca rozpoznana, wprowadza zamieszanie i niepokoj, bo sa to postacie niepokojace. Skad pochodza, jakie jest ich znaczenie? Rezyserka tego nie zdradza, ale przyglada sie im dokladnie. Trebor choruje. W Genewie od tajemniczej Rosjanki kupuje nowe serce, poddaje sie operacji, mecza go koszmary. Rosjanka jak wyrzut sumienia pojawia sie w kazdym miejscu, do ktorego sie uda. Jego serce - obojetnie stare czy nowe - wydaje sie nadal puste i nieprzystepne. W Szwajcarii zostawia na pastwe losu swoje dwa psy, robi interesy w Japonii, potem wraca po latach na jedna z egzotycznych wysp, by spotkac sie z synem, ktorego kiedys odrzucil, tam umiera. Nie ma sensu opowiadac fabuly filmu Denis, w tym przypadku mozna mowic jedynie o nastroju i poddac sie mu - bez walki. Mozna sie zastanawiac, czy tytulowym intruzem jest nowe serce Trebora, ktore doprowadza go do smierci, czy on sam jest nim dla siebie samego, dla ludzi, ktorzy probuja sie do niego zblizyc. W jego postaci Denis cos zamyka, uwazajac, zeby nie wydostalo sie na zewnatrz. Cos, co budzi lek.

akss

dzien 11. niedziela 31.07.05

 

AMERYKANSKA OPOWIESC

Nie napisze o "Manderlay" Larsa von Triera. Wybaczcie rozczarowanie i daleko posuniety subiektywizm wyboru. Pierwszy raz w >mojej< historii cieszynskiego festiwalu zrezygnowalam z oficjalnie konczacej go projekcji. Nie mam ochoty ogladac kolejnego teatralnego, strzykajacego jadem Triera, nie daje sobie szansy na podobne spotkanie, to nie >moje< kino. Tymczasem przez Cieszyn i okolice przeszla nawalnica. Grzmoty towarzyszyly filmowi, ktory wybralam w zastepstwie festiwalowego hitu, ktory godnie go zastapil. Przypadek? Nie sadze. To film o staruszku, zagubionym w strugach amerykanskiego deszczu.

John Dullaghan - rezyser tego dokumentalnego eseju postanowil opowiedziec o czlowieku, ktorego tworczosc zmienila jego zycie. W wieku 42 lat rzucil prace, nie dajaca mu zadnej satysfakcji, ryzykownie poswiecil sie zajeciu nie przynoszacemu zadnego dochodu, nie obiecujacemu komercyjnego sukcesu. Przez kilka lat Dullaghan zbieral materialy do filmu "Bukowsky: Born Into This" (2003). To zbior anegdot opowiadanych przez przyjaciol pisarza (m.in. Stanton, Waits, Penn, Bono), jego fanow, jego kochanki, zone, ludzi, ktorzy jedynie sie o niego otarli i przez tych, ktorzy dobrze go znali. Chronologicznie uksztaltowanej fabule, zbierajacej fakty, towarzyszy postac pisarza, pojawiajacego sie w licznych, zarejestrowanych w roznych okresach zycia wywiadach, na odczytach i wieczorach poetyckich, pijanego i agresywnego podczas domowych klotni, przygnebionego i wzruszonego do lez, sardonicznego cynika i zakochanego satyra. Film Dullaghana odkrywa prostote i niejednoznacznosc jego osobowosci i losow, wskazuje inspiracje i motywacje dla powstania poszczegolnych utworow, wskazujac, jak bardzo byly one zatopione w codziennosci. Bada mit pisarza, potwierdza go i obala jednoczesnie. To niezwykle esencjonalny, pelen sprzecznosci portret, ktorego poetycki urok zostaje przeciwstawiony glebokiej i trudnej prawdzie o zyciu.

Bukowski nie mial latwego dziecinstwa. Jego matka byla Niemka, w domu panowal drobnomieszczanski porzadek, na ktorego strazy stal surowy ojciec, wymierzajacy kary cielesne za najdrobniejsze przewinienie. Dziecinstwo we wspomnieniach pisarza to koszmar, z ktorego rozliczyl znieniawidzonych rodzicow w jednej z autobiograficznych powiesci. Bukowski przez lata pracowal na poczcie. Najpierw jako listonosz, potem nocami sortujac listy. Ciagle w strachu, ze straci posade i znajdzie sie na bruku. Dniami spal, pil i pisal, choc pierwsze proby literackie, opowiadania, wysylane bez przerwy, we wszystkie mozliwe miejsca, nikogo nie interesowaly. Poezja Bukowskiego zainteresowal sie dopiero John Martin, jego pierwszy i najwierniejszy wydawca. Nie wiedzac, co z tego wyjdzie, korzystajac ze swoich skromnych oszczednosci, wydawal ulotki z jego wierszami. Zaproponowal mu tez niewielka comiesieczna pensje, by uwolnic go od pracy na poczcie, wspominajac przy tym, zeby pomyslal o napisaniu powiesci, bo proza lepiej sie sprzedaje. Te wszystkie dzialania byly intuicyjne, opieraly sie na przeczuciu, ze absurdalne plany zwiazane z pewnym bluzgajacym, przesiadujacym w podejrzanych barach pijakiem do czegos doprowadza. Swoja pierwsza powiesc Bukowski napisal w trzy tygodnie, zaraz po porzuceniu posady, jak twierdzi - ze strachu. Kiedy zyskal slawe i czytelnikow, kiedy na spotkania z nim przychodzily tlumy, kiedy zaroilo sie wokol niego od mlodych, atrakcyjnych kobiet, na ktorych przeprowadzal inspirujace badania, nie musial sie juz martwic brakiem pieniedzy. Byc moze dzieki temu, ze jego zycie uleglo przelamaniu na dwie tak rozne czesci, pozostal kims rozdartym miedzy skrajnosciami. Dlawil sie swoim mitem, budowal go i burzyl nieustannie w specyficznym zartobliwym stylu. Smial sie z siebie, z wlasnej brzydoty, z wlasnej marginalnosci, ktora przysporzyla mu tylu fanow, bedac jednoczesnie bolesnie powaznym i przeniknietym na wskros kazda najmniejsza rozpacza, o ktorej przyszlo mu napisac. Jak zagubiony w strugach deszczu staruszek z wlasnego wiersza, z butelka piwa w dloni, niecierpliwie oczekiwal ukochanej "Babeczki", dziewczyny, ktora go porzucila. Bezradny i samotny jak kazdy najmniejszy czlowiek w podobnej sytuacji, wielki Bukowski plakal, czytajac wiersz poswiecony kochance. O milosci mowil, ze jest wscieklym psem, mgla, ktora znika, dotknieta pierwszym promieniem rzeczywistosci. Podsycal w sobie jej zar, by za chwile gasic go w szalonym tupocie.

Moglby powtorzyc za opetana szalenstwem, swieta wieszczka z wysypiska w Rio, bohaterka brazylijskiego filmu "Estamira" Marcosa Prado - "nigdy nie mialem tego, czym jestem - wielkiego bogactwa".

akss.

 

EPILOG

 

Program tegorocznego festiwalu, ten, ktory swoimi wyborami sama sobie stworzylam, w przeciwienstwie do poprzednich (pelne retrospektywy: Cieszyn' 04 - Béli Tarra; Cieszyn' 03 - Petera Mettlera; Cieszyn' 02 - Takeshiego Kitano) nie posiadal jednego silnego, dominujacego reszte elementu, mojego osobnego odkrycia. Nie ogladalam Fassbindera ani Miike'go, dotknelam zaledwie tworczosci Edwarda Zebrowskiego i Gábora Body'ego. Z drugiej strony wydaje mi sie, ze tegoroczna sekcja konkursowa byla najciekawsza z dotychczasowych. Nie zawiodl tez moj ulubiony cykl dokumentalnych esejow. Oprocz filmu Dullaghana o Bukowskim i Carrera o rosyjskich spotkaniach w Kotelnitch, obejrzalam "Mondovino" Jonathana Nossitera, film zdradzajacy kulisy swiatowego rynku winiarskiego i wspanialy dokument Thomasa Riedelsheimera "Dotknac dzwieku" (Touch the Sound, 2004) o niedoslyszacej szkockiej perkusistce Evelyn Glennie.

Gdyby ktos zapytal Evelyn i jej przyjaciela Freda Fritha, co mozna zrobic z rozpadajacym sie, nikomu niepotrzebnym budynkiem poprzemyslowym gdzies w polnocnych Niemczech, odpowiedzieliby bez wahania - mozna na nim zagrac. I robia to nieustannie. Niczego nie zmieniajac, wyposazaja w nowa jakosc te cudownie undergroundowa architekture. W ogromnych przestrzeniach, pod wysokim na trzy pietra sufitem do tworzenia muzyki wykorzystuja wszystko, co tylko wpadnie im w rece. Zreszta Evelyn podobnie rozpoznaje kazda przestrzen, w ktorej sie znajdzie. Rozglada sie uwaznie, szuka dla siebie potencjalnego instrumentu.

Najwieksze watpliwosci budzi fakt, ze osoba prawie niczego nie slyszaca potrafi byc tak doskonalym wirtuozem. Glennie probuje wytlumaczyc, na czym polega odbieranie dzwiekow cialem, swoja uwaznoscia, wrazliwoscia zmyslow, ich otwartoscia przekonuje, ze jest to mozliwe. By dac koncert w kameralnej knajpce wystarcza jej pusta puszka po piwie, szklanka, popielniczka, kilka talerzy i drewniane paleczki. Wspolpracuje z wieloma muzykami na calym swiecie. W Japonii, siedzac na progu kamiennego ogrodu, obserwujac mezczyzne grabiacego zwirek, z niezwyklym przejeciem opowiada o otaczajacych dzwiekach, o ciszy, ktora - jej zdaniem - jest dzwiekiem najglosniejszym i najsubtelniejszym ze wszystkich. Przeciwienstwem dzwieku nie bylaby zatem cisza, lecz cos do konca nie dajacego sie okreslic, cos, co - jak twierdzi - bliskie jest smierci. Artysci to ludzie, ktorzy nie utracili dzieciecej ciekawosci. Skupiona na tym, co sie wokol niej dzieje, swiadoma ogromnego potencjalu, ukrytego w kazdym najdrobniejszym fragmencie rzeczywistosci, Evelyn Glennie ma w sobie rownie wielkie poklady tworczej zywiolowosci i ciekawosci swiata, co czyni ja prawdziwa artystka.

Najobszerniejsza chyba i rownie ciekawa co poprzednie, jest sekcja "Panorama", zlozona z trzech cyklow: mistrzowie, odkrycia i pokazy specjalne. W jej ramach pokazano filmy nie do konca moze nowohoryzontowe, ale warte uwagi. Wsrod nich znalazla sie swietna "Iluminacja" (Illumination, 2004), debiut fabularny Francuzki Pascale Breton. Rezyserka i scenarzystka w jednym tlem historii wyobcowanego, psychicznie niestabilnego chlopaka czyni prowincjonalna nadmorska osade. Jest wietrznie, jak spiewala Kora - wszystko ma slony smak, wielkie fale rozbijaja sie o nabrzeza. Chlopak zakochuje sie w pielegniarce swojej babci i dla niej postanawia jak najszybciej wyzdrowiec. Probuje roznych sposobow - od psychoterapii do leczniczego wplywu podejrzanej sekty. Udaje mu sie co prawda zaprzyjaznic z dziewczyna, ale ona nie odwzajemnia jego uczucia.

Film Breton opowiada o uzdrawiajacej sile milosci samej w sobie, nie wymagajacej dowodow, prob, a nawet wzajemnosci. O uczuciu, ktore czyni nas lepszymi juz w punkcie wyjscia. Dotyka tez wzglednosci granicy pomiedzy tym, co normalne i zdrowe, a tym, co w oczach innych uchodzi za rodzaj psychicznego zaburzenia. Czy niezwykly swiat bohatera "Iluminacji" - Ilduta rzeczywiscie jest swiatem szalenca, slyszacego glosy i glaszczacego gorskie grzbiety, jakby byly grzbietem zaprzyjaznionego psa? Odpowiedz na to pytanie nie jest oczywista.

Podobna doze szalenstwa kontrolowanego odnajdziemy w kolejnym >czeskim filmie<, komedii Petra Zelenki (wyrezyserowal m.in. slynnych "Guzikowcow", 1997; autor scenariusza "Samotnych" w rezyserii Davida Ondøièka) pt.: "Opowiesci o zwyczajnym szalenstwie" (Pøíbehy obyèejného šílenství, 2005, niebawem w dystrybucji). Zelenka jak w wiekszosci poprzednich filmow czy scenariuszy w zabawny sposob opowiada o pokoleniu wspolczesnych trzydziestolatkow, nieprzystosowanych do komercyjnych, bezwzglednych warunkow standardowej, pozbawionej fantazji rzeczywistosci, w ktorej przyszlo im zyc. Owa globalna standaryzacja w zderzeniu ze zwykla czeska, przepelniona absurdalnym humorem, obyczajowoscia naprawde zachwyca. Wiele uroku ma tez ostatni film zwykle powaznego i pesymistycznego Kena Loach'a.

"Czuly pocalunek" (Ae Fond Kiss, 2003) jest jeszcze jedna wspolczesna wersja "Romea i Julii", w tym przypadku Romeo pochodzi z rodziny pakistanskich emigrantow, Julia zas jest Irlandka, pracujaca jako nauczycielka w katolickiej szkole, a historia ich milosci rozgrywa sie na przedmiesciach Glasgow. Loach ze zwykla sobie przenikliwoscia portretuje oba srodowiska, wykazujac ich racje, sprzeczne interesy i odmienne wartosci. Chwilowy - jak sie zdaje - trudny happy end, ktorym rezyser zdecydowal sie zakonczyc swoj film, nie rozwiazuje zadnego z poruszonych problemow, pozostawia widzow sam na sam z pytaniem o jego autentycznosc i dalsze losy bohaterow.

Tegoroczny cieszynski festiwal jak zwykle okazal sie ciekawa lekcja kina, choc nie uczestniczylam w mistrzowskich lekcjach, prowadzonych tu przez Andrzeja Wajde. Mysle, ze warto to miejsce odwiedzac, choc wszyscy, ktorzy zechca przyjechac do Cieszyna w przyszlym roku - ze wzgledu na specyfike programu - powinni zastanowic sie, czy akurat tego rodzaju wrazen w kinie szukaja.

akss

diaade dziekujac specjalnej agentce agnieszce kindze szeffel za cieszyn 2005 - liczy na 6 !

 copyright 2005: diaade i agnieszka szeffel