Agnieszka Szeffel

 FESTIWAL FILMOWY  ERA NOWE HORYZONTY
 22 lipca - 1 sierpnia 2004 Cieszyn  www.eranowehoryzonty.pl

korespondencja agentki specjalnejdzien 6, wtorek 27 lipca 2004

WSZYSTKO JEST OBRAZEM
6. wtorek
Drodzy czytelnicy i wielbiciele,
Wasza specjalna agentka tu, w Cieszynie nie ma czasu doslownie na nic. No, moze niezupelnie. Oprocz tego, ze oglada filmy i pisze na biezaco, specjalnie dla Was te soczyste korespondencje, czasami wpada na pyszne ciastko (na przyklad na >kapuczino<, >lodowca<, albo na >pijanego Izydora<) do cukierni "Bajka", dalej przechodzac Mennicza zatrzymuje sie zwykle przy oknie ulubionego, urzadzonego w zwyklym mieszkaniu >sklepu z antykami<, w ktorym kiedys kupila niekompletny mlynek do kawy, rzadko, ale jednak udaje jej sie przysiasc na laweczce lapidarium w Parku Pokoju, wysypanego chrzeszczacym pod stopami zwirkiem. Dotarla tez do podejrzanego zakatka, zwanego przez stalych bywalcow "cieszynska Wenecja", gdzie w dole nad kanalem rozlozyly sie kameralne pijalnie piwa, polaczone ze stalym ladem malymi, drewnianymi mostkami. Ale zycie miasta tetni dzis gdzie indziej, daleko stad i wierzcie mi - nie jest to ani Wenecja, ani Portugalia.
(Dzisiejsza korespondencje dedykuje Kuli M.)
A zatem zycie miasta toczy sie w miejscu dalekim, choc dobrze znanym, w miejscu, jakich wiele. Panuje tam chlod i nieustannie pada deszcz, po ulicach zamiast ludzi biegaja psy. Nieliczni mieszkancy jezdza po lsniacym od deszczu asfalcie starymi samochodami nieznanej mi marki. Spotykaja sie w "titanic bár", ktorego otynkowana schludnie fasade z jednym, przyslonietym zaluzjami, oknem zdobi gasnacy neon. Sceneria wyjeta z obrazow Hoppera. Ale w srodku jest juz inaczej: tapeta we wzory, kontuar, na ktorym pietrza sie szklanki i kilka butelek palinki, zablocona podloga w czarno-biala szachownice. Wieczorami spiewa tam kobieta, ubrana w czarny prochowiec, spiewa smutna piosenke jak Marlena Dietrich, tylko ze po wegiersku. To odkryty dzisiaj przeze mnie w naglym olsnieniu swiat kolejnego festiwalowego bohatera, Wegra - Béli Tarra.
Tu, w Cieszynie bardzo czesto dochodzi do burzliwych dyskusji, w ktorych zderzaja sie ze soba rozne oczekiwania, preferencje, wrazliwosc i nauczalismy sie juz, ze podstawowym i pierwszym pytaniem, jakie zadajemy sobie podczas tych rozmow, jest pytanie o to, co jest dla nas w kinie najwazniejsze. Dla jednych tym najwazniejszym elementem wymarzonego filmu jest interesujaca historia, ciekawie skonstruowane i wiarygodne postaci, inni oczekuja, ze film bez wzgledu na fabule przede wszystkim bedzie uwodzic obrazem. Niektore filmy probuja zadowolic i jednych, i drugich, ale nie te lubie najbardziej. Sledzac aktorskie poczynania Moniki Vitti, odwiedzalam w ciagu ostatnich dni kino Akademickie i z upodobaniem ogladalam filmy Antonioniego. Przed projekcja "Nocy" na >scenie< pojawil sie Kazimierz Kutz i w kilku slowach opowiedzial o inspiracjach i intuicjach, towarzyszacych realizacji "Nikt nie wola" (1960). Kiedy pojawia sie aspiracja - mowil - by film byl postrzegany w kategoriach dziela sztuki, pojawia sie tez potrzeba stworzenia nowego, osobnego, dajacego sie wyodrebnic i nazwac jezyka. W przypadku takich filmow jak "Nikt nie wola" podstawowa rezyserska decyzja bylo odejscie od psychologii, na rzecz struktury plastycznej. Bohaterowie zostali zredukowani do znakow w powaznie oslabionej, fabularnej grze, podporzadkowanej prymatowi obrazu, budujacego dramaturgie. Nie bez powodu Kutz mowil o tym wszystkim przed projekcja jednego z filmow Antonioniego. Powinien byl to powtorzyc przed projekcja "Potepienia" ("Kárhozat", 1988) Béli Tarra.
Zastanawiam sie teraz, czy wlasnie o to chodzilo rezyserowi. O to, zebym nie za bardzo przejela sie dosyc beznadziejna sytuacja zyciowa tych pogubionych outsiderow, ktorzy probowali zapelnic soba pewna malo wazna historie, rozgrywajaca sie w miescie, jakich wiele i na naszych oczach. Czy chcial raczej, zebym nie mogla oderwac wzroku od ekranu. Zebym patrzyla tak mocno, jakbym te obrazy chciala w sobie zapisac, a potem odtwarzac, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota. Zebym cmokala z zadowoleniem i powtarzala - nie do wiary, jakie to piekne... Znajac mojego pecha, rezyserskie intencje byly zgola inne. Film jest czarno-bialy, kamera kontemplujaca, kadr zaplanowany co do najmniejszego szczegolu, a jednak naturalny, nie wystylizowany jak w "Powrocie" Zwiagincewa. Kamera przyglada sie dlugo, a potem delikatnym, powolnym, plynnym ruchem w jednym ujeciu przesuwa sie w bok ku innemu widokowi, zatrzymuje, trwa tak dluga chwile, pozwalajac na dokladne spenetrowanie kolejnego obrazu, na wylowienie wszystkich szczegolow i znowu wraca tak samo wolno, w to samo miejsce. Na podobnym schemacie opiera sie caly film, nie pozbawiony przeciez fabuly melodramatyczno-egzystencjalnej. I nie tylko ze wzgledu na scenerie (szczegolnie w doskonalym fragmencie zabawy w titanicu, gdzie rezyser zgromadzil najciekawsze i najpospolitsze twarze, jakie kiedykolwiek widzialam) ten film przypomina mi "Jadac do Babadag" Stasiuka. Jest w nim jakas doskonala monotonia, ktorej podporzadkowana jest ta ksiazka, monotonia obrazow, ktore nakladaja sie na siebie, zamazujac kontury i wyostrzajac je jednoczesnie. Jest w nim doskonalosc.
Dzisiejsza przygoda z Tarrem sklania mnie ku dosyc szalonej mysli. W ramach przegladu tworczosci tego rezysera w czwartek zaplanowano projekcje najdluzszego filmu - byc moze - w historii kina, a na pewno w historii tego festiwalu. To oslawione, radykalne "Szatanskie tango" ("Sátántango, 1994), trwajace 445 min. Mam ochote sprobowac...
akss

 foto:akss


© 2004 diaade. wszystkie prawa zastrzezone. | © 2004 Agnieszka Szeffel. wszystkie prawa zastrzezone.

| home | o diaade |