 Agnieszka Szeffel |
| FESTIWAL FILMOWY |
ERA NOWE HORYZONTY |
| 22 lipca - 1 sierpnia 2004 Cieszyn |
www.eranowehoryzonty.pl |
korespondencja
agentki specjalnej dzien 5, poniedzialek
26 lipca 2004
| MUZYKA JAK ODDECH |
5. poniedzialek
Drodzy czytelnicy i wielbiciele,
Dzisiejsza korespondencje mam ochote komus zadedykowac. Niech reszta towarzystwa
nie czuje sie pominieta, za wszystkimi przepadam, ale dzisiejsza korespondencje
chcialabym specjalnie zadedykowac Jackowi D. (ewentualnie jeszcze Andrzejowi
St.).
Pierwsze slowo, zastanawiam sie nad pierwszym slowem. Podobno pierwsze slowo
jak pierwszy dzwiek w kompozycji muzycznej jest najwazniejsze, bo w nim
zawiera sie zapowiedz calosci. Z dzwiekami dzieje sie tak samo jak ze slowami.
Slowa i dzwieki pewnemu kompozytorowi, o ktorym za chwile opowiem, przypominaja
oddech. Innym razem kogos, kogo chcialoby sie objac po raz pierwszy i nie
wiadomo jak (kompozytor pokazuje, przytula powietrze, tak, albo tak, nie
jest zdecydowany).
Otoz, o Arvo Pärcie uslyszalam po raz pierwszy, kiedy Jacek D. opowiadal
o pewnym studenckim slubie w Ameryce, kiedy to przy dzwiekach muzyki Estonczyka
mloda para w samej bieliznie powolnym krokiem zmierzala ku podestowi, gdzie
odbyla sie dosyc niezwykla ceremonia i gdzie - trzeba dodac - czekaly na
nia stosowne kostiumy i unoszace do gory machiny (ale ta opowiesc nalezy
do Jacka i nie bede mu jej zabierac). Ponownie przeczytalam o Arvo Pärcie
w jednym z esejow Andrzeja Stasiuka, ktory zwykle trzyma plyte z ta muzyka
na honorowej polce w swoim pokoiku, wypelnionym mapami i butelkami po winie,
glownie wegierskim. Mozna wiec powiedziec, ze jego nazwisko na stale zapisalo
sie w mojej pamieci.
Poniewaz ostatnio co noc sni mi sie Roman Gutek, m.in. w scenerii kaszubskiej,
gdzie we snie posiada ranczo i stadnine koni, gdzie czestuje mnie winem
z wlasnej piwniczki i bawi ciekawa rozmowa, wcale nie zaskokoczyl mnie fakt,
ze na jawie Roman G. od dawna z upodobaniem slucha muzyki Arvo Pärta
i nawet chcial sie z nim spotkac kilka miesiecy temu, podczas wizyty kompozytora
w Polsce. Niestety do tego spotkania nie doszlo, ale przy okazji Roman G.
odkryl, ze Dorian Supin nakrecil o Pärcie film i zaraz postaral sie,
zeby festiwalowa publicznosc miala okazje go obejrzec.
"Arvo Pärt - 24 prelüüdi ühele fuugale" (2002)
zdobyl specjalna nagrode UNESCO i zostal uznany za najlepszy estonski film
dokumentalny 2002r. W 24 niewielkich i - chcialoby sie powiedziec: skromnych,
pokornych - rozdzialach rezyser pokazuje kompozytora podczas pracy, jako
nauczyciela, w gronie muzykow podczas przygotowan do koncertu, w domu, w
zwyklych, codziennych sytuacjach. Ten film jakims cudownym sposobem dopasowuje
sie do osobowosci tworcy, do jego prostodusznego poczucia humoru, do wagi
i urody, opowiadanych przez niego przed kamera anegdot, a nawet do jego
wygladu. Arvo Pärt jest niewielkim czlowiekiem, lysiejacym, lekko przygarbionym,
brodatym panem o lagodnym spojrzeniu, przypomina figure wyciosana w drewnie,
pomalowana plowiejaca juz farba, figure swietego, moze aniola. Cichym, spokojnym
glosem opowiada o pomidorach z cukrem, ktore jadal w dziecinstwie, o swoim
pierwszym pianinie, ktore jako kilkuletni chlopiec probowal sam nastroic,
o zaangazowaniu w muzyke, ktora bezgranicznie wypelnila jego zycie, o dzwiekach,
ktore trzeba kochac miloscia naprawde gleboka i jedyna, zeby poznac ich
tajemnice. Pärt spiewa, dotyka niewidzialnych strun, pokazuje swoja
magiczna szafke, niegdys pachnaca tytoniem, w ktorej przechowuje notesy
z nutami, ciagle na czyms brzdaka, cos mruczy pod nosem, usmiecha sie figlarnie,
znowu brzdaka, sprawia wrazenie kogos, kto juz wie, a wlasciwie wiedzial
od zawsze, kto zdobyl wiedze niemal tajemna i swietnie sie z tym czuje.
Jak w starej estonskiej wyliczance - krzywy czlowiek, co znalazl na krzywej
drodze krzywa monete i krzywego kota, ktory zjadal krzywe szczury, tak,
tak, smieje sie Arvo Pärt, zrywajac z krzaczka slodkie maliny, oto
czlowiek pozbawiony watpliwosci. Nim w finale zabrzmi jego uduchowiona,
przejmujaca piesn, spiewana przez Hinduske w zielonym sari, poznajemy czlowieka,
ktory umie przetlumaczyc nuty na zwykly jezyk, ktory umie pokazac muzyke
gestem rak - termometr, amplituda, pomyslcie, zimno i goraco, plus i minus,
albo gitara jak motocyklowe siedzenie...
Arvo Pärt od poczatku lat 80. mieszka w Berlinie, jest odkrywca muzycznego
"stylu Tintinnabuli", autorem muzyki do wielu filmow m.in. do
"Nieba" Toma Tykwera, "Gerry'ego" Gusa van Santa, "Pochwaly
milosci" Jeana-Luca Goddarda.
I jeszcze slow pare o "The Time We Killed" Jennifer Todd Reeves.
Slow pare z pamietnika mlodej mieszkanki Nowego Jorku. Spodobal mi sie ten
szorstki film, krecony z reki na czarno-bialej 16-milimetrowej tasmie, albo
w kontrascie statyczna kamera cyfrowa. Pamiec - jak ktos kiedys powiedzial
- nie jest przeciwienstwem zapomnienia, lecz wylacznie jego forma. Utracona
pamiec, czy bylaby nia w dwojnasob ? Opetana obsesyjna mysla o smierci,
bohaterka jeszcze jako nastolatka w samobojczym gescie skacze z mostu, uchodzi
z zyciem, ale traci pamiec. Naznaczona traumatyczna decyzja, po kilku latach
przestaje wychodzic z domu. Na szczescie jest pisarka. W swojej powiesci
wymysla sobie zycie bez potrzeby realnego w nim uczestniczenia. Co za ulga.
Spotkalo Was kiedys cos takiego ? Home, sweet home, znajoma przestrzen,
ukryta za zamknietymi drzwiami, zadnych niespodzianek, spokoj odmierzany
regularnie jak lekarstwo, zycie nie swoim, wymyslonym zyciem, ksiazki, filmy,
bez reakcji na dzwonki do drzwi, bez telefonow, zaczepek, niewygodnych sytuacji,
tylko ze soba, az ze soba, z kilkoma wspomnieniami, ze smakiem, zapachem,
z widokiem na odlegly lad sasiedniej ulicy. Nowy Jork jest tu jedynie nic
nie znaczacym fragmentem muru, te zdjecia maja w sobie klimat wczesnych
filmow nowojorskiej awangardy, zaraz przypomina mi sie pamietnikarskie kino
Jonasa Mekasa. Ten - wydawaloby sie - az nazbyt osobisty, momentami klaustrofobiczny,
depresyjny film dotyka jakiejs podskornej warstwy czlowieczenstwa, ktorej
- byc moze - bardzo sie wstydzimy, chcac czuc sie zawsze >well<, zamiast
po prostu >so, so<. Roman Gutek na wstepie, opowiadajac o "The
Time We Killed", nie wartosciujac, porownal go do "Zwierciadla"
Tarkowskiego, bo w podobny sposob pokazuje czlowieka - od srodka, odslaniajac
jego zakamarki bardzo ukryte, wstydliwe, zamkniete pod wieloma warstwami,
za wieloma furtkami. Przypominaja mi sie zaraz slowa ojca Andrieja - Arsienija
Tarkowskiego: im bardziej cierpisz, tym wiecej i lepiej piszesz. Czasami
jednak dziewczyna opuszcza swoj azyl, zeby nabrac w pluca prawdziwego powietrza
i cos zapamietac, albo cos sobie przypomniec. Potem te zapamietane obrazy
pojawiaja sie przed naszymi oczami jak zjawy - przeswietlone, ruchliwe,
przypadkowe. Tworza nurt, ktorym chcialoby sie plynac bez konca, bez niepotrzebnych
slow.
akss |
foto:akss
© 2004 diaade. wszystkie
prawa zastrzezone. | © 2004 Agnieszka Szeffel. wszystkie prawa zastrzezone.
| home | o
diaade | |