autumnal equinox czyli 8 dni w Wilnie

 

to RoRa and the other 'wow' Lithuanian guys I've met. with thanks.

Leca na mnie wielkie zolte liscie lip. Siedze na starym wywietrzniku (bunkier?) na srodku glownego skweru Uzupis. Na ziemi zarzecznej, opisanej przez glebokie wygiecie biodra rzeki Vilnii w kierunku geometrycznego centrum miasta. Modna, niedokonczona dzielnica, ktora na powrot ma problem ze swoja tozsamoscia. Duzo tu zlych, zle ulokowanych pieniedzy: wyspy luksusu posrod harmonijnie zrujnowanych podworek, bezrobotni kontra wiotkie zara-dziewczyny. W powietrzu slabo wyczuwalny zapach przydomowych astrow i lekka, choc uparta nuta podpalen, ktore co rusz oczyszczaja stare siedliska pod nowe, potrzebne dzielnicy inwestycje. Wciaz czarno-biale Uzupis. Nadal piekne, choc inaczej - innym, trudniejszym do zauwazenia pieknem. I tylko jeden brzydki aniol z traba tu lata.

Podobnie jak czesc autochtonow, mer, artysci i wszyscy turysci, tez kocham te dzielnice. Pokochalam od pierwszego spotkania - gdy trafilam tu cztery lata temu. Bez konca biegalam koslawymi jeszcze brukami, chciwie skanujac odrapane, chore domy o malomiasteczkowej skali dwoch kondygnacji i podobnie skromnym detalu. W atmosferze unosilo sie to cos, za czym jak wariaci jezdzimy po Polsce, Litwie, Lotwie, Ukrainie, Moldawii, Rumunii, Bulgarii... Jakies niewyjasnione resztki. Ale nie resztki polskich snow o potedze (sorry, narodowa prawico :). Raczej slad braku, miejsce po zyciu, po oddechu, pneumie, ktora byla wazna, ktora zasilala - lecz co, tego nie pamietamy. Wiec pewnie nic. Na szczescie dla tych metnych odczuc jestem jeszcze architektka - i o tym pisac latwiej. Szczegolnie w Wilnie.

wiecej

Zawsze, gdy tu przyjezdzam, mieszkam na dalekim, wschodnim Uzupis, w schronisku Filaretai, w drewnianym zielonym domu, zywcem wydartym dla turyzmu z lokalnego zycia dzielnicy. Rano, pijac pierwsza herbate, patrze z okna na budzace sie malutkie podworko blizniaczo drewnianego domu. Z malutkim ujadajacym nocami pieskiem, z leniwym rysio-zarosnietym kotem i bialym mercedesem w rozpadajacym sie garazu. Niemlody mezczyzna tkwi bez ruchu na lawce pod poludniowa sciana, staruszka wolno sunie miedzy rabatami pielegnujac poznojesienne kwiaty. Najmlodszy troskliwie doglada merca. W tle tej scenki, wplecione w oplotki, stercza ceglane bryly blokow - nijakie, choc nie brzydkie; niepotrzebne. Znacznie pozniej, wieczorem, pare metrow od mego stolu, za ozdobna, gesta firanka, mloda kobieta cierpliwie pochyla sie nad ksiazkami.

wiecej

Drewniane domy to wielkie architektoniczne bogactwo dzisiejszego Wilna. Niskie, szalowane deska (10-12 cm), z pietrem w dachu dwuspadowym (~40 stopni) z facjatkami, wejsciem przez dostawiona i zabudowana ganko-sien. Podobnie jak w architekturze ludowej, cale bogactwo formy i dekoracji skupia sie na obramieniu okien, na okiennicach, okapie dachu. Choc tez nie na sile. Niektore domy skromnoscia konkuruja z prostota stylu skandynawskiego. "Wilenskie pieniadze" juz wiedza, ze wystarczy niewielki wysilek, by z podupadlego siedliska wyczarowac cieple, wygodne, ludzkie wnetrze. Swiadcza o tym marki terenowych samochodow opierajacych sie o naprostowane drewniane ploty.

wiecej

Ale razem z domem kupujesz tu duzo wiecej - przydomowy krajobraz. I to wysokiej proby. Wszystko zaczyna sie juz na parapetach. Dalej ida skrzynki przyokienne z petunia, pelargonia, turkami. Po zewnetrznych scianach wspina sie powoj, groszek, "polskie" malwy i roze. Przed domem ogrodek kwiatowy, a w nim dalie, sloneczniki, astry, marciny, hortensje, margaretki. Zas ploty, porecze schodow i gankow to krolestwo winnej latorosli, bluszczu, wiciokrzewu, laurowisni. Od frontu w glab parceli prowadza pekate bzy, czeremchy, wybujale leszczyny i jarzebiny. A zupelnie na tylach domu - ziola, warzywnik, drzewa owocowe wsparte na koslawych szklarniach z pomidorami i ogorkami, z papryka. Klimaty jakby przepisane z "Ogrodow" Iwaszkiewicza. Dom, samotny lub z zabudowaniami, okolony plotem czy zywoplotem, dopelniaja pochylone nad nim drzewa - przewaznie smukle brzozy, klony, rzadziej ciemna sosna. W dzikszych fragmentach dzielnicy, nad parowem Vilnii lub na poludniowym zboczu Gory Trzykrzyskiej, pod sam dom podchodzi laka kwiatowa, a tuz za nia, nieraz, zstepuje las.

wiecej

Nowi ludzie zamieszkuja stare domy lub buduja nastepne, na miejscu rozebranych czy spalonych. Deweloperzy kolekcji Uzupis tropia najmniejsze wolne dzialki, wcinaja sie w zbocza, zageszczaja sasiedztwa i widoki. Trzeba przyznac, ze niezla architektura. Wprawdzie rzadkoscia sa niewielkie gabaryty, ale jezyk architektoniczny jest juz umiarkowany i elegancki, pozostajacy w relacji do zastanego. Porazka natomiast okazuje sie ksztaltowanie krajobrazu tarasow, ogrodow i najblizszego otoczenia nowych domow: wszedobylskie tuje i cyprysy, strzyzone trawiaste dywany, skalniaki na kamiennych skarpach, japonskie zwirki. A zamiast rabat kwiatowych, donice z egzotykami. Istny Wersal. Cala Nowa Europa na to choruje, choc uczyc trzeba sie na miejscu, tuz, tuz za plotem. A ze swoje docenic najtrudniej, to mozna podpatrzec chocby Szwedow, ktorzy nowa, codzienna architekture zanurzaja w pospolita roslinnosc, w splatanie traw, krzakow i kwiatow.

wiecej

Kiedy chodzisz oplotkami Uzupis, twoj wzrok, niczym chart z wiersza Rilkego, wyrywa sie ku miastu na drugim brzegu. Gna przez przecinki w zielonej masie drzew, wslizguje sie w przesmyki miedzy kwartalami budynkow, wyszukuje szpar i przelaman w pierzejach ulic, w niedomknieciach podworek. Pierwszym i latwym celem tych wypadow sa sterczace wieze wilenskich swiatyn - nie tylko barokowe, choc o tych wlasnie pisal Wladyslaw Tatarkiewicz: "(…) najszczegolniejsze sa wieze. Sa smukle, a wydaja sie jeszcze smuklejsze przez to, ze sa po czesci azurowe i rozbite na wiele pieter, a kazde pietro ma inaczej uksztaltowane pilastry, pod innym katem ustawione kolumienki. (…) Sa wyciagniete w gore; widac w nich jakby reminiscencje gotyku; wieze takie, jak u misjonarzy wilenskich, sa nawet smuklejsze niz gotyckie. Zelazne azurowe krzyze i ozdoby, umieszczone na szczytach, dodaja im jeszcze lekkosci i smuklosci". Uzupis kreci toba tak jak chce meandrujaca tu rzeka - kontakt wzrokowy z wiezami, ich czubami, helmami, krzyzami niczym wskazanie kompasu chroni przybysza przed zapadnieciem sie w lokalnosc, w zapachy, obrazy, przeczucia i utrzymuje go w relacji z czyms wiecej niz przyjemnosci wlasnego popsutego gustu.

wiecej

Porzucmy wiec Uzupis, bo to samo, choc z innych powodow, dzieje sie w centrum, na waskich ulicach starego Wilna: gdy tylko lekko pochylisz glowe spuszczajac z oczu szlak kabli elektrycznych, kolyszace sie nan pekate lampy, klujace powietrze drogowskazy wiez - wszystkie te znaki odwzorowujace na szarym czy blekitnym niebie mape miasta - jestes zgubiony. Porwa cie zarna wilenskich ulic, puszczone w ruch przed setkami lat reka zalozyciela miasta, polmitycznego Giedymina.

wiecej

Jako osoba obdarzona dobrym zmyslem orientacji, pewnie czuje sie na nieznanym terytorium, sprawnie okreslam strony swiata, latwo znajduje droge, szybko ucze sie obcych miejsc. Ta sprawnosc zawodzi tylko w dwoch znanych mi w Europie miastach: w Wenecji i w Wilnie. Zagubienie w labiryncie Wenecji nie wymaga komentarza; ani to zaszczyt, ani wstyd - norma. Podobne zagubienie w Wilnie zastanawia. To moja czwarta wizyta i wcale nie jest lepiej. Nadal gubie sie regularnie i z duza przyjemnoscia. Doswiadczenie jest tak mocne i tak gleboko uwewnetrznione, ze pragnienie jechania do Wilna pojawia sie niemal jednoczesnie z okresowa potrzeba odejscia od linearnych, racjonalnych praktyk umyslu. Zafascynowana zjawiskiem, nie ulatwiam sobie sytuacji i wedruje bez planu miasta, eksperymentujac ze swoja percepcja, pamiecia ciala oraz mapa mentalna, ktora przemierzane kilometry rysuja w mojej glowie.

Jednym z architektonicznych powodow tego zagubienia - pierwszym, ktory wskazalby Jacek Dominiczak - jest zdeformowanie miejskiej siatki: prawie zadne z ulic starego miasta, budujacych ruszt przestrzeni publicznej, nie przecinaja sie pod katem prostym. W efekcie otrzymujemy dynamiczne geometrie tworzace sie na skrzyzowaniach ulic, w miejscach, gdzie przechodzien, chocby nieswiadomie, podejmuje decyzje o wyborze dalszej drogi. Jednak po pokonaniu nawet krotkiego odcinka, nie moze byc juz pewien trajektorii swojego ruchu. Wilno, wpasowane pomiedzy siedem anegdotycznych wzgorz, wykorzystuje kierunki zboczy, by zagniezdzic sie w terenie, budujac z uzyciem ich mnogich geometrii pierzeje swoich ulic, nadajac ksztalty kwartalom zabudowy. Dodatkowo bieg i spotkanie w srodku miasta dwoch ruchliwych rzek, Neris i Vilnii, komplikuje kompozycje srodmiescia, choc jednoczesnie jest jednym ze sposobow odnajdowania sie w przestrzeni. Takze stare szlaki miejskie wiodace przez glowne bramy na dawne goscince - wprowadzaja swoje kierunki gleboko w strukture ulic, i utrwalaja zywiolowa dynamike miasta. W efekcie otrzymujemy zlozony gest jakby scisniecia i obrocenia ulicznej siatki wielka reka pierwszego budowniczego.

wiecej

Owo skrecenie jest tez widoczne na poziomie pojedynczej ulicy. Przez ulice rozumiem tu wnetrze miejskie, ograniczone dwoma scianami domow, podlozem i niebosklonem, tworzace zamknieta scene zdarzen dla zycia ludzi i budynkow. Ulice Wilna to korytarze o bardzo zlozonych i zmiennych ksztaltach. Rzadka jest, powszechna na przyklad dla Gdanska sytuacja, gdy bedac na poczatku wyraznie widzisz koniec ulicy. Flaneur bezposrednio doswiadcza tej zlozonosci poprzez wiecznie umykajace perspektywy, czesciowo zakryte widoki, wygiete luki murow, ktore uzywaja owych zamkniec do tworzenia sieci mikro-placykow. Mozna powiedziec, ze wilenska ulica to sekwencja wnetrz-pokoi, ustawionych w amfiladzie, ktora plynnie przemierzasz, przechodzac z jednego pokoju w drugi, potem w kolejny, bez swiadomosci ciaglej zmiany kierunku drogi. Ulica uprowadza cie u swego wlotu i porzuca w miejscu geometrycznie nieprzewidywalnym, gdzie przejmuje cie nastepna - inna i jednoczesnie taka sama. Jakby na pokojach wilenskich ulic na flaneura i na flaneuse dzialal jakis odurzajacy czar.

wiecej

Jesli czar prawdziwy, to jak w prawdziwej basni, uzyskany metodyczna koncentracja mocy. Jednym ze skuteczniejszych miejskich narzedzi mocy jest spojnosc architektury. Przenikajace sie przestrzenie wnetrz ulicznych wspolpracuja ze soba nad uzyskaniem wysokiego stopnia owej spojnosci. Dzieje sie tak poprzez zaangazowanie calego asortymentu srodkow: sasiadujace kamienice uzywaja podobnej (rzadko tej samej) wysokosci fasady; podobnych (rzadko tych samych) krojow okien, drzwi, ich opasek, krat, okiennic; przerzucaja miedzy soba wspolna linie nadprozy, gzymsow czy cokolu. Wybor okreslonych gestow - ich ilosc i sila - opisuje charakter relacji sasiedzkich: od zdystansowanej obcosci, poprzez wspierajaca przyjazn, do milosnego zlaczenia czy czulego rodzicielstwa.

wiecej

Gdy w ulicy domy nie tworza ciaglej pierzei, to w przerwie pojawia sie mur. Masywny i solidny, choc falujacy zarazem, jakby po lekcji wzietej od baroku, wilenska materia uwierzyla w swoja zwiewnosc. Ulice, takie jak Sventas Ignoto czy Augustijonu, wioda cie niczym atlasowa wstazka, radosnie i miekko, tak, ze chcesz byc jednoczesnie prowadzonym i niedoprowadzanym. Polaczenie otulajacej murowosci ze zmasowanym dzialaniem wilenskiego koloru to kolejna recepta na intensyfikowanie doswiadczenia pochloniecia, zabrania, uwiedzenia, zaczarowania.

wiecej

Zas kolor Wilna, to przede wszystkim masy popielatych, nisko wiszacych chmur. Pomimo, ze jadac tu zawsze marze o slonecznym blekicie, jest to jedno z niewielu miast, ktoremu w pochmurnosci do twarzy. I wielka w tym zasluga uzywanego koloru. Oslonieta szara parasolka architektura wilenska nosi sukienki w przeroznych kolorach - choc, trzeba powiedziec, ze nie wszystkie rownie szykownie dobrane. Jej najlepsze gamy to chlodne beze, az po intensywnosc mocnej, przebielonej kawy; swieze maslo; wanilia; piaskowe szarosci; naturalna barwa betonu czy niemalowanego tynku. A wyzej, ponad fasadami, wezowo wygiete kregoslupy kalenicowych dachow - o pomaranczowo-rozowych luskach. Jednolite duza powierzchnia i jednoczesnie dropiate, bo kladzione przemiennie z dachowek o kilku odcieniach. Posrod takich ulicznych korytarzy o niemal monochromatycznych scianach, co jakis czas uwage sciaga gleboko wybarwiona plama, jak indygo we wschodniej pierzei placu ratuszowego, stalowoniebieski dom na Liejyklos gatve, w ktorym mieszkal Josif Brodski, czy ochrowa kamienica przy klasztorze franciszkanow, w miejscu gdzie ulica Kedainiu uderza w Lygos. Jest to swietny sposob na budowanie malych osi widokowych i kierowanie waznoscia ulicznych obrazow. Niestety nie wszystkie zaulki moga pochwalic sie eleganckim i prostym ciuchem. Niepokoj budza uparte wycieczki w kraine oranzu, bardziej przystajace klimatom rzymskim czy sycylijskim, z ich nasyconym swiatlem i ciemnogranatowymi cieniami. Usmiech budza latwe zestawienia zywiolowej zieleni z czystym blekitem i wrzosem, w towarzystwie snieznego detalu. Jak i kazda inna zbytnia kontrastowosc - najpewniejszy ze sposobow szybkiego zaistnienia w swiecie. Na szczescie czuly czas, materializujac sie w nawarstwieniach brudu i patyny oraz w drobnych rysach, odpryskach, liszajach, lagodzi grzechy zlej konserwacji.

wiecej

Kulminacja zjawisk, o ktorych usiluje opowiedziec, sa znalezione przeze mnie miejsca i obrazy, gdzie zachodzi synergia dzialania wszystkich wymienionych srodkow ekspresji miasta. Nalozenie wyrafinowanych zabiegow materii - zatartej struktury siatek, pokretnej geometrii, polifonicznosci i multiplikacji gestow architektonicznych, znikniecia prymatu ksztaltu pod monochromatycznoscia barwy - prowadzi do rodzaju deprywacji sensorycznej, kiedy aparat wizualny odbiorcy pod natezeniem i zlozonoscia otrzymywanych sygnalow zamiera. Na scenie percepcji zostaja aktorzy zupelnie innej, a-materialnej sfery: Nieczystosc, Niekompletnosc, Nierozroznialnosc. Wyczarowuja obrazy o wielkiej architektonicznej sile, antynomicznie laczace wieloznaczne oraz przeciwstawne geometrie; jak trojkat bermudzki czy czarne dziury, gotowe przyjac wszystko, kazda forme, kazdy ksztalt. Obrazy emitujace rownoczesnie zyciodajne napiecie i zyciodajny luz. Miejsca zyciodajne. Sa w Wilnie.

wiecej

W samym srodku mojego pobytu nastala jesienna rownonoc. Equinox to moment w roku, w ktorym okalajaca nas czasoprzestrzen samoporzadkuje sie, dzielac sie sprawiedliwie na dwie rowne polkule. Pelzajacy po kuli czasu rownoleznik na te jedna chwile zastyga w pozycji rownika, drzy i wibruje przed dalsza droga. Niewielu wie, ze ta krolewska, silna pozycja jest jednoczesnie pozycja najslabsza. Ze wystarczy wyciagnac reke, jakims ostrym przedmiotem, widelczykiem czy karta kredytowa, lekko podwazyc i... spojrzec poza czas, na nierozroznialne. W godzinie zmierzchu i switu najlatwiej. Wlasnie wtedy, w Wilnie, o zmierzchu, w miejscu gdzie Vilnia laczy sie z Neris, ludzie gromadza sie na brzegu rzeki, nieswiadomie powtarzajac stary gest ludzi Swintoroga. Przy rytmie housowych bebnow, podpalaja gigantyczne slomiane konstrukcje, stoja razem w milczeniu i patrza w ogien, patrza poprzez ogien. Jeszcze dlugo w noc ciemnosci rozswietla blask plonacych ognisk. Potem na kilka godzin miasto okrywa szczelnie koldra mroku. Az do switu. O brzasku, czas Ziemian rusza w droge, a sen oddziela sie z plaskiem od jawy, slabe od silnego, gorace od zimnego, kobiece od meskiego, wiejskie od miejskiego - i wszystko wraca na swoje miejsce.

wiecej

 

Monika Zawadzka

dziekuje Jackowi Dominiczakowi, Agnieszce Szeffel, pani Dorocie Gorak-Lubie; za pomoc

 glowna | main

 xxxxx

 monika zawadzka

 diaade

  © 2005 monika zawadzka. wszystkie prawa zastrzezone